poniedziałek, 16 lipca 2012

Gaas 2


Chłodny dreszcz przeszył Frenna, zatrząsł się mimochodem. Zimna, mokra wilgoć wciskała się pod ubranie. Krople deszczu ze śniegiem osiadały na ramionach, by zaraz stopnieć pozostawiając mokry ślad. Pazur wyglądał jakby wyszedł z niechcianej kąpieli. Tylko Gaas stał nieruchomo jak marmurowy posąg, zresztą z nasuniętą maską nie przypomniał żywego stworzenia a w istocie posąg.
- idą – wychrypiał Frenn wskazując na idących Szramę i Oktawię, równie zmokniętych co oni. – Gaas nieznacznie kiwnął głową powoli ruszając w ich stronę.
- mamy tych bandytów – wykrzyknął Szrama. Ukryli się w lodowej jaskini- potwierdziła Oktawia – boję się, że jak użyję zbyt dużo ognia na tych psubratów, jaskinia zawali się nam na głowy.
- zostawcie to mnie – powiedział beznamiętnie Gaas – obstawicie wyjścia z jaskini – gdyby ktoś próbował się przedrzeć – gdybym nie wyszedł – odnajdźcie moje serce, proszę.
Nic nie odpowiedzieli. Gaas wszedł do jaskini. Zapadła ciemność. Zapadła ciemność, już dawno w świecie Gaasa nie świeciło słońce, a ciepło mogło go zabić. Tych troje zmieniło jego dotychczasowe życie, wiedział, że nie może ich zawieść – wiedział, że ma dla kogo żyć. Miecze bezszelestnie wysunęły się z pochew. Gaas złączył je bezwiednie tworząc podwójne ostrze. W miejscu, w którym stał jaskinie mocno się zwężała tak, że tylko jedna osoba mogła przejść z trudem. Gaas stał przed tym przesmykiem, zakręcił mieczem młyńca sprawdzając swobodę działania. Powietrze rozcinane przez miecz jęczało głośno. Gaas sięgnął ręką do pasa, wyciągnął kilka metalowych kulek, rzucił w kierunku przesmyku. Silny rozbłysk i mocny huk wstrząsnął powietrzem. Po chwili usłyszał setki głosów wrzeszczących w panice. Głosy zbliżały się do wyjścia do swojego zatracenia. Miecz już tańczył w dłoniach Gaasa. Z zimną precyzją, uderzał kolejnych wyskakujących goblinów. Te spłoszone jeszcze niedawnym wybuchem nie wiedziały, że przesmyk czeka na nich śmiercią. Dopiero, gdy padło pierwszych dwudziestu zdały obie sprawę, że ich śmierć nie ma nic wspólnego z tym hałasem i ogniem w ich jaskini. Nie widziały, kto ich trzebi, gdyż każdy kto wszedł do przesmyku nie wychodził z niego. Gobliny na szybko zorganizowały małe grupki by choć jeden zjrzał w przesmyk i mógł powiedzieć co to za potwór blokuje im wyjście. Plan się powiódł połowicznie. Gdy piątka próbowała przejść przez przesmyk, powietrze zafurczało i tylko jeden z nich nim padł martwy krzyknął: „biały człowiek”. Na gobliny padł strach znali opowieści o strasznym białym człowieku, który ma dwa miecze tak ostre, że potrafiły przeciąć nim jeszcze dotknęły. Gaas usłyszał jeszcze większy wrzask przerażenia, a potem ciszę. Wiedział, że ostatni goblin zdążył powiedzieć co się dzieje. Trudno musiał przejść poza przesmyk. Miecz rozdzielił się na dwa. Gaas wolnym krokiem przeszedł przez przesmyk i ruszył w centrum jaskini. Gdy znalazł się w środku, samotnie oświetlony lodowym blaskiem, stał jakby w letargu, nie poruszając się miecze trzymał w dłoniach jakby chciał je opuścić jakby rezygnował z walki. Tak to zrozumiały gobliny chowające się wśród lodów jaskini. Z wrzaskiem rzuciły się na niego z nadzieją, że jest ich na tyle dużo by poradzić sobie z jednym zrezygnowanemu człowiekowi. Gdy już byli na wyciągnięcie miecza ich okrzyk już miał barwę tryumfu, Gaas w jednej chwili odwrócił się w piruecie każdym mieczem ścinając dwie najbliższe głowy goblinów. Miecze pracowały tak szybko, że lodowy blask odbity od ich ostrzy zdawał się płonąc niebieską poświatą, Gaas uderzał każdym ostrzem osobno jakby dwóch było dwóch perfekcyjnych wojowników, walczących tak blisko siebie, że zdawało się, że to jeden. Płaszcz Gaasa, rozchylał się, w tym tańcu śmiertelnym nadając mu lekkości i zwinności, że trudno było oderwać wzrok. Przyjaciele byli w tej Sali i patrzyli na niego jak kończył już dzieło zniszczenia goblinów. Przybiegli w momencie, gdy banda wrzeszczała tryumfalnie tuż przed swoją zagładą, pomyśleli że dzieje się coś złego i ruszyli na pomoc, jak się okazało niepotrzebnie, choć urzeczeni tą walką stali wpatrzeni jak w nadnaturalne zjawisko. Gaas skończył, Frenn podszedł do niego
- widzę, że nieźle sobie radzisz z dwoma mieczami
- i nawet nie ma czego poprawiać, z udawanym smutkiem powiedział Szrama
- dziękuję – odpowiedział Gaas metalicznym głosem, w którym było słychać coś na kształ westchnienia, a może to tylko wydychane powietrze zasyczało tak jakoś inaczej….

Gaas 1




Była mroźna noc. Nikt nie opuszczał swoich domostw. Zwierzęta te, które nie zasnęły na zimę pochowały się głęboko przed mrozem. Na dworze panowała cisza i mróz. Nad światem blado płonęły gwiazdy. Księżyc nie ukazał swego oblicza. Lecz noc nie była spokojna. Potężny ryk zakłócił wszechogarniającą ciszę. Frenn otworzył oczy. Spojrzał prosto w ślepia Pazura, którego również zbudził hałas. W pomieszczeniu było w miarę jasno, gdyż ogień w kominku jeszcze nie dogasł. Wzrokiem dał znak Pazurowi „idziemy” Wilk wstał i bezszelestnie wyszedł z pokoju za nim zakapturzony Frenn z łukiem gotowym do strzału. Na schodach spotkali Oktawię, która w płonących dłoniach trzymała kulę ognia gotową do rzucenia, w jej oczach nie było miejsca na dyskusję. Szrama stał przy drzwiach. Uzbrojony w sój ulubiony miecz powoli je otwierał. Przeszył go mroźny dreszcz kiedy pierwszy chłód wdarł się do domu. Szrama nie pozwolił sobie nawet na ruch powieką kiedy wyszedł na mróz za nim skoczyła Oktawia potem Pazur i Frenn zamknął bezgłośnie drzwi. Wiedzieli co mają robić Szrama z Oktawią obchodzili dom z prawej, Frenn z Pazurem z lewej. Wszystko w kompletnej ciszy. Gdy byli w połowie drogi kolejny ryk roztrzaskał ciszę i Szrama założyłby się, że słyszał jak pęka jedna szybka z okna. Ryk był ogłuszający i całkiem bliski. Gdy wyszli zza rogu Szrama i Oktawia mieli Frenna z Pazurem po swojej lewej stronie. Wydawało się im, że są w miarę blisko ale to co ujrzeli przerosło ich najśmielsze oczekiwania. Ogromny niedźwiedź polarny patrzył na nich złym wzrokiem. Niedźwiedź był wielkości domostwa, z którego przed chwilą wyszli. Tak, że Frenn był dokładnie przy ogonie, kiedy Oktawia i Szrama naprzeciw jego pyska. Niedźwiedź ryknął po raz kolejny. Szramie wypadł miecz z ręki, a Oktawii kule ognie odleciały w przeciwnym kierunku. Frenn błyskawicznie strzelił mierząc w wielkie jak okno oko niedźwiedzia. Lecz ten był równie wielki co szybki. Ogromną łapą zasłonił się nim strzała dosięgła celu przy okazji niszcząc narożnik domu.
Szrama i Oktawia odskoczyli błyskawicznie wykorzystując moment gdy niedźwiedź zajmował się strzałą Frenna. Frenn nałożył kolejną strzałę, lecz nim zdążył naciągnąć cięciwę niedźwiedź zdążył odwrócić się w jego kierunku. Frenn wiedział, ze nie zdąży już strzelić. Pazur zbierał się do skoku ale widać było, że niedźwiedź przygotowuje się do odparcia ataku Pazura nim ten jeszcze go wykonał. Dwie ogniste kule przeszyły powietrze blisko pyska bestii nie trafiając jej wszakże, dzięki temu Frenn również zdążył cofnąć się a Pazur zmienił zdanie co do skoku. Niedźwiedź ponownie zawrócił w kierunku Oktawii niesamowicie szybko wyciągając łapę do uderzenia, gdy nagle powietrze przeszył świst i coś białego ukazało się przyjaciołom. W jednej chwili znalazł się pod gardłem potwora błysnęły równocześnie dwie klingi wykonując precyzyjne cięcia od ucha do ucha bestii i nim jeszcze pierwsze krople krwi pojawiły się na białej sierści stworzenia, klingi zniknęły w pochwach a biała furia znalazła się tuż obok Oktawii.
- na co czekasz podpal go kobieto-ognia – powiedział spokojny zimny głos, który spod maski, która okrywała jego twarz wydawał się jakby metaliczny.
- Oktawia nie czekała wypuściła dwie kule jednak te trafiły niedźwiedzia prosto w łeb. W tym samym momencie strzała utknęła w jego oku. Monstrualne zwierzę stało przez chwilę bez ruch by w sekundzie zwalić się na resztę domu, przygniatając go swoim cielskiem.
- ciekawe jak wydobędę swój miecz odezwał się Szrama w ciszy jak zapadła
- ktoś ty – trzeźwo zapytał Frenn
- Gaas Sogralan – odparł metaliczny spokojny głos.
- jestem Frenn Astorio, a to …
- wiem kim jesteście – odparł tym samym tonem głos – potrzebuję Waszej pomocy
- Ty?- zdziwiła się Oktawia – przecież to my powinniśmy Ci dziękować za tego potwora
- tak Wy jesteście jedyni, którzy mogą mi pomóc, otóż ja…- w jego zimnym spokojnym głosie wyczuć można było odrobinkę wahania – szukam….- nim dokończył słowa sięgnął ręką do swojego gardła wyraźnie coś przekręcił, słychać było delikatne jęknięcie i otworzył swoją przyłbicę – swojego serca – dokończył Gaas.
Oczom ukazała się blada twarz człowieka, któremu życie nic więcej nie mogło zaoferować.
Szare oczy gładka krystalicznie blada skóra, wargi niemalże niebieskie nie skore do żadnych emocji może kiedyś się uśmiechały, ale teraz wyglądały jakby nie znały śmiechu.
- zatem witaj w klubie – odrzekł nieco smutno Frenn – ty szukasz serca ja drogi. Może jak połączymy siły znajdziemy w końcu swój spokój
- to dla mnie zaszczyt – odparł Gaas – pewnie cieszyłbym się gdybym tylko mógł.
- nie Martw się my już cię rozbawimy, prawda piesku? – dodał Szrama, a Pazur pomerdał tylko ogonem
- chciałbym, żeby tak się stało – odrzekł swym metalicznym głosem Gaas, który zdążył już założyć maskę na twarz






Gaas Sogralan urodził się w lodowej pustce. Nie pamiętał swojego dzieciństwa. Nie pamiętał niczego prócz zimna mrozu ciemności i ciszy, która potrafi zabić. Nie pamiętał też chwil, kiedy w jego piersiach biło gorące serce. I tego potwora w ludzkiej skórze, co przy pomocy najciemniejszej Sztuki pozbawił go serca. Nie pamiętał jak gasnącym wzrokiem widział swoje serce topiące lód i znikające w lodowej ciemności, tak jak i jego świadomość tonęła w lodowej pustce. Wszystko to stało się na oczach jego ukochanej, której potem czarnoksiężnik kazał patrzeć na pozbawione życia i serca ciało umiłowanego. Kazał w swojej nikczemnej złośliwości pamiętać jej o śmierci lecz dał największe cierpienie, bo dał jej nadzieję, że ktoś może przywrócić jej umiłowanemu i życie i serce. Musi jednak żyć by powiedzieć gdzie jest serce. Jeśli ona umrze, umrze też jej miłość.

Gaas powstał z lodu i pierwszą osobą, którą zobaczył była Pani Lodu. To ona panowała nad zimnem, zimą i całym lodem świata. Znając się na Sztuce Tworzenia z lodu, stworzyła nowe serce Gaasa całe z lodu delikatne i kruche i bardzo wrażliwe na ciepło, dlatego krew Gaasa miała temperaturę prawie bliską zeru. Tylko w okolicach bieguna Gaas mógł chodzić bez swego odzienia. Magicznie stworzone przez Panią lodu odzienie chroniło go przed nadmiernym ciepłem zarówno zewnętrznym jak i własną ciepłotą ciała. Kombinezon był w śnieżnobiałym kolorze z ledwo błękitnymi wykończeniami. Głowę przekrywał jasno błękitny kaptur, który przechodził w płaszcz okrywający Gaasa aż do ziemi. Przepasany granatowym pasem, który na całej długości zawierał mnóstwo zamykanych kieszonek do pasa też przytroczone miał pięknie zdobione w lodowe motywy pochwy obie jednakowej długości kryły dwa krótsze niż normalne miecze ostrza. Były niemalże bliźniaczo podobne zakończone długą rękojeścią z kości słoniowej równie zdobione lodowymi motywami, tak, że wraz z pochwami wyglądały na jedną całość. Różnica polegała w samych końcach rękojeści. Ich budował pozwalała na błyskawiczne połączenie lub rozdzielenie ostrzy w ten sposób można było mieć dwa niezależne ostrza lub jeden dwuostrzowy miecz. Twarz Gaasa zasłaniała maska, z okularami pod którymi gdy tylko ktoś mógłby zobaczyć, zobaczyłby zimne, jasno szare oczy. Maska była skromna i prosta. Biała jedynie przy podbródku widniały na niej trzy równoległe błękitne paski znak Pani Lodu. Maska w rzeczywistości była częścią całego hełmu. Można ją było odchylić jak przyłbicę u rycerzy, ale Gaas musiał uważać by się nie przegrzać.

czwartek, 15 marca 2012


- zostaw! – mruknął Frenn a Pazur natychmiast zostawił na wpół spalonego królika, który leżał w rumowisku spalonej ziemi kamieni i kilku kikutów drzew.
- co za bestia – mruczał dalej Frenn nawet królikowi nie przepuści. Pazur cichutko zawarczał jakby potwierdzając słowa Frenna – ciii – piesku – łagodnie szeptał Frenn. Przed nimi w wypalonej do cna ziemi zionęła ogromna dziura. Jakby ktoś dosłownie wypalił ziemię na kilkadziesiąt metrów wgłąb. Z pieczary dobywały się kłęby śmierdzącego siarką dymu
- nie wejdziemy tam teraz – nie przeżyjemy i kiedy Frenn się odwrócił od pieczary w górę wystrzelił słup pary i ognia. I z potwornym hukiem w pieczary wystrzelił w niebo czerwony pocisk. W jednej chwili był wysoko nad ziemią rozłożył czerwone skórzaste skrzydła i ryknął tak potwornie, że nawet Frenn poczuł się nieswojo. Ba z przerażającą trzeźwością stwierdził, że jest widoczny jak na talerzu w tej spalonej pustce. Nim zdążył pomyśleć usłyszał huk zbliżających się z niesamowitą prędkością skrzydeł.
- w prawo – rzucił do pazura i w ostatniej dosłownie chwili rzucił się w prawo, czując na sobie gorący podmuch ognistej kuli wystrzelonej w paszczy smoka. Smok błyszcząc swa złą czerwienią, jak na swoje wielkie cielsko zwinnie zawrócił wyrywając z pobliskiego jeszcze nie spalonego lasu kilka drzew i Frenn miał go przed oczami szykującego się do następnej kuli
- w prawo – krzyknął w ostatniej chwili do Pazura – kula spaliła leśny płaszcz i trochę futra Pazura. Przeleciała jeszcze kilkaset Mertów i eksplodowała w pobliżu samotnie stojącego kiuta drzewa. Smok przeleciał nad nimi niemalże muskając łuskami głów. Nim wstali smok nadlatywał od tyłu nie strzelając kulami lecz ciągłym ogniem topił ziemię przed sobą w pasie może trzech metrów. Resztki wilgoci parowały z ziemi a w wytopionym rowie pojawiała stopiona magma. Smok leciał wolniej bezpardonowo paląc wszystko przed sobą. Frenn nawet nie myślał by wyciągać łuk nie było czasu na myślenie, nie było czasu na schowanie, nie było czasu na nic, kiedy nagle coś huknęło od strony lasu, Frenn spojrzał na ognistą kulę zbliżającą się do smoka. Smok przestał palić machnął mocniej skrzydłami i wzbił się ponad kulę trącając ją łapskami. Kula zmieniła kierunek i rozbiła się tuż pod smokiem z hukiem eksplozji i choć smoki na ogół odporne są na dość wysokie temperatury, ta z wybuchu była wyższa niż zwykły ogień, poparzony smok zaryczał wściekle i poszybował w kierunku lasu i tego kto wypuścił kulę. Frenn błyskawicznie wyciągnął łuk.
- nie skończyłeś jeszcze ze mną – powiedział przez zęby, napiął łuk, napiął mięśnie, napiął myśl, widział złe serce smoka pod pulsującą łuską gdy smok unosił się nad lasem zbierając ogień na jeden strzał by spalić las śmiałka, który go poparzył, by spalić cały świat i wszystko co żyje. W swej wściekłej złości nie widział złości tych co przed chwilą mieli zginąć. Błąd. ostatni w jego wściekłym życiu. Nie słyszał strzały, która nasączona wściekłością myśliwego, zmienionego w ułamku sekundy w zwierzynę, w zabawkę, która miała zginąć nie wnosząc żadnej ofiary. Była na powrót myśliwym, nie znającym litości dla tych co nie znają litości.
Bez współczuciu dla tych co nie mają współczucia, śmiercią dla tych co gardzą śmiercią. Smok poczuł ukłucie i uczucie jak jego wściekłość ucieka wraz z życiem, nie zdążył się zdziwić, nie zdążył pomyśleć co się stało, nie zdążył się wściec jeszcze bardziej, tylko złożył skrzydła i w sekundzie wbił się w ziemię łamiąc kilka drzew i nabijając się na ich kikuty.
- niesamowity strzał – powiedziała Oktawia wychodząc zza drzew,
- uratowałaś mi życie, dziękuję – powiedział Frenn, ale widać było, że coś go gryzie
- to samo można powiedzieć o Tobie odparła Oktawia – to był okropnie zły smok nigdy nie spotkałam się z taką wściekłością
- to prawda – odrzekł smutno Frenn
- coś przegapiłem? – beztrosko spytał Szrama, który właśnie w tej chwili pojawił się w tym miejscu
- w odpowiedzi usłyszał pojedyncze szczeknięcie Pazura.
-ciesz się , że tego nie widziałeś – powiedział Frenn i odszedł do lasu, chciał być poprzez moment sam
- co mu się stało? –spytał trochę zaskoczony Szrama
- ciesz się że tego nie widziałeś – odpowiedziała mu Oktawia, chodźmy dajmy mu chwilkę
- pazur ! chodź z nami-
Pazur pomerdał ogonem popatrzył przez chwilkę za znikającym Frennem i pobiegł za Oktawią i Szramą…Frenn został sam. Sam z wściekłością smoka, która chyba bardziej go zraniła niż ogniste kule, stopiona siarka, i te chwile grozy, w których omal nie posttardał nadziei, że uda mu się zobaczyć wschód księżyca. Ta potworna wściekłość przeraziła Frenna, bo wiedział też, że bez niej strzała nie przebiłaby skóry smoka. Nie trafiłaby w samo serce bestii. Nie chciał by podobna wściekłość kierowała nim kiedykolwiek, lecz widział też to, że z nią nie ma stworzenia na Świecie, którego by nie pokonał. A to jest pierwszy krok do pychy, która zabija szybciej niż najlepszy wojownik. Frenn chciał zabić tę wściekłość już teraz, tylko, że ta nie chciała odejść. W tej bezsilnej złości na siebie Frenn krzyknął z całej siły a las poniósł jego bezsilność daleko echem. Usłyszeli ją i Szrama i Oktawia i Pazur.
Gdy zapadł zmierzch Frenn wrócił do obozu.
- wszystko w porządku przyjacielu? Zapytał z troską Szrama
- mam nadzieję, że tak powiedział słabo Frenn i uśmiechął się delikatnie
Wszyscy jednak wiedzieli, że myślami był daleko.
Głos ginął w huku huraganu, wirujący piasek oślepiał nie pozwalając wybrać właściwego kierunku. Przyjaciele trzymali się za ręce, a Pazur trzymał zębami Frenna za drugą rękę, by nie zgubić się na tej przeklętej pustyni. Do pobliskich skał, które dawałyby jakąkolwiek osłonę było niecałe dwadzieścia metrów, lecz w tych warunkach to było najdłuższe dwadzieścia metrów. Kiedy się tam doczołgali wiatr wcale nie słabł. Skała dawała niewielkie schronienie ale przestali się obawiać, że zostaną rozdzieleni i przysypani. Nagle Pazur szczeknął i zaczął kopać pod skałą, wszyscy się zdziwili jak Pazur mógł cokolwiek wyczuć w tej masie wirującego piasku, ale k końcu to wilk i to niezwykły wilk. Trochę czasu zajęło Pazurowi przekopanie się do wylotu podziemnej jaskini, wszyscy zaczęli pomagać Pazurowi tak by powiększyć otwór by każdy mógł się zmieścić. Burza szalała dalej może nie tak intensywnie, ale kontynuacja podróży była niemożliwa. Otwór jaki wykopali pozwalał na przeciśnięcie się do jaskini. Kiedy wszyscy się tam znaleźli Frenn wyjął z plecaka łuczywo i słabym światem rozświetlił Jaskinię, widać było, że jaskinia jest długa i bardziej przypomina tunel lub duży korytarz, a oni dostali się od boku, jednak światło było zbyt skąpe by powiedzieć coś więcej. Szrama zrobił wyciągnął swoje łuczywo zrobiło się trochę jaśniej, ale nic nowego o jaskini nie można było powiedzieć, na koniec Oktawia pstryknęła palcami i na dłoni pojawił się płomyczek, który może niewielki ale bardzo jasny rozświetlił jaskinię jakby ktoś zapalił tysiąc świec. Wszyscy popatrzyli na Oktawię, wilk delikatnie zamerdał ogonem. – nie boli Cię to? – z troską w głosie zapytał Szrama
- ani trochę – wesoło odparła Oktawia.
Chłopcy zgasili swoje łuczywa, mogą się przydać później. A jaskinia w dobrym świetle rzeczywiście przypominała tunel, którego dwa końce ginęły w mrokach. Ściany były gładkie a na ich powierzchni znajdowały się ślady jakichś obrazów, znaczyło to, że jaskinia była sztuczna! – nie znam takich liter - powiedział Frenn po chwili studiowania napisów na ścianach, ani ja dodał Szrama i obaj popatrzyli na Oktawię ta tylko przecząco pokiwała głową.
- w którym kierunku idziemy? – zapytał Szrama
-poczekajcie odpowiedział Frenn i usiadł na podłodze zamknął oczy i jak zawsze zaczął szeptać, po chwili otworzył oczy i powiedział – w tę stronę pokazując na prawo od wejścia. Jeżeli tam pójdziemy kierunek będzie niemalże zgodny z naszą trasą na powierzchni
- a nie wiesz może co tam jest? – retorycznie spytał Szrama
- nie – retorycznie odpowiedział Frenn
I ruszyli. Ogień Oktawii wystarczył na dwie godziny marszu musieli potem odpocząć, odpoczywali w ciemnościach. Nie wiedzieli jak długi jest ten korytarz a zapasów drewna na rozpalenie ognia mieli niewiele, więc starali się oszczędzać.

Frenn D2


Słońce wschodziło nad granatowo-ciemnym światem, zmieniając jego oblicze w spaloną czerwień skalistej pustyni, na której życie kończyło się z nastaniem dnia, lub wyczerpaniem z braku wody. Jednak moment , którym noc oddawała się dniu był za każdym razem niesamowitym zjawiskiem. Tak jak kochankowie, co walczą ze sobą w miłosnym zmaganiu tak kolory dnia w jednym momencie stapiały się z kolorami nocy tworząc swe niepowtarzalne dzieło…jutrzenkę.
Frenn czekał na tę chwilę właśnie, samotny cień wśród na szczycie skał nie wyróżniał się niczym od setek głazów porozrzucanych wokół. Jego myśli biegły gdzieś daleko poza jutrzenkę, a on czerpał z tej chwili wszystko co się da barwy zapachy, wilgoć na skórze, lekki podmuch wiatru jego siłę wszystko. Nikogo nie było w pobliżu tylko on sam i wstający dzień. Kiedy pierwsze promienie słońca omiotły ziemię Frenn wybudził się wstał, pokłonił się lekko i wrócił do obozowiska. Tylko Pazur czuwał, powitał go bezgłośnie merdając ogonem, Szrama wdzięcznie chrapał z Oktawią wtuloną w niego całą. Frenn rozniecił dogasający ogień i wstawił wodę, wszystko zrobił bezgłośnie pod bacznym okiem Pazura. Z plecaka wyjął kawał suszonego mięsa, co mlaśnięciem skwitował Pazur, kilka jaj i pajdę chleba. Wziął to wszystko i nieco oddalił się od obozu, by nie przeszkadzać śpiącym. Pazur równie bezszelestnie wymknął się wiedziony zapachem suszonej strawy.
Na podręczną patelnię Frenn wrzucił trochę oleistych ziół, które miał przy sobie, a które robiły za niepsujące się masło, odkroił kawałek suszonego mięsa i… rzucił Pazurowi , bo go ładnie prosił, resztę plasterkował i wrzucił na patelkę wbił wszystkie jaja i wrócił z tym do ogniska. Śniadanie zaskwierczało Szrama od razu się obudził wieczny głodomór przystawiając się do patelni
- zrób chociaż picie – przywitał go Frenn
- już, już sprawdzałem tylko czy się nie przypala
- tak jasne, już cię znam – przekomarzał się Frenn
- co tam chłopcy robicie? – obudziła się Oktawia – śniadanie? Dla mnie? Och wspaniale
- hau – radośnie przywitał Oktawię Pazur
- może dołożę do ognia? Zaproponowała Oktawia
- nie!! Chórem odpowiedzieli Frenn i Szrama –ostatnio jak Oktawia „dołożyła” ognia ognistą kulą byli bez śniadania obiadu i kolacji, bo wszystkie zapasy spłonęły wraz z całym obozem, Dobrze, że nikomu nic się nie stało.
- chciałam pomóc – słodko-smutno – odparła Oktawia
- pomożesz nam zjadając szybko śniadanie – uśmiechnął się Szrama
- gotowe – dodał Frenn i cała trójka i wilk zajęli się śniadaniem, wśród pustynnych wzgórz, gdzie słońce zaczynało grać pierwsze skrzypce a wiatr niósł żar i drobinki piasku w każde nieosłonięte i osłonięte miejsce….

Frenn D1


Ta chwila kiedy oko, palce, oddech, całe ciało współgra w celowaniu. Ta niesłyszalna cisza kiedy myśliwy spaja się ze zwierzyną niewidzialną linią trajektorii pocisku. Nie liczy się nic innego tylko.. trafienie i z tą myślą świsnęła pierwsza strzała Frenna i nim zdążył wyciągną drugą strzałę z kołczanu , usłyszał łomot walącego się cielska, a w zasadzie spadających kamieni, bo Troll, którego ugodziła strzała, zginął na miejscu. A Trolle jak umierają zmieniają się w kamień. Ten już nie żył zanim się przewrócił, więc na ziemię przewrócił się olbrzymi głaz rozpadając się na mniejsze części. Z jaskini dobiegł głośny ryk, to inny Troll widząc co się stało dał upust swojej złości i bezsilności zarazem. Wyskoczył z jaskini uderzając potężną maczugą na oślep. Nic nie trafił, dotarło do niego po chwili, że coś jest nie tak i ta chwila była jego ostatnią. Druga strzała ugodziła go śmiertelnie, ten jednak zdążył paść nim zmienił się w kamień. Frenn nie zakładał trzeciej strzały, wiedział, że więcej Trolli w tej jaskini nie ma. Szybo przewiesił łuk przez ramię i ruszył pospiesznie do jaskini skąd wyszły Trolle. Wewnątrz panował okropny trollowy smród przemieszany z dymem z ogniska. Na ogniu kipiał w ogromnym garncu jakiś wywar, nie wiadomo kim był gotowany biedak czy to człowiek pies a może elf? Frenn nie zastanawiał się nad tym, jemu już na pewno ni pomoże, ale musiała tu być jeszcze klatka z kimś żywym. Trolle często robią świeże zapasy, a w wiosce mówili o całkiem niedawnych zaginięciach w lesie. Zaginął chłopak kowala i córka leśnika, leśnik też nie powrócił odkąd wyszedł na poszukiwania. Nie licząc dzieci drwala, które zaginęły jako pierwsze. Frenn zobaczył okute drzwi do dalszej części jaskini. Drzwi były osadzone niedbale lecz były ciężkie i trudno je było wyważyć człowiekowi. Frenn kucnął pod drzwiami, zamknął oczy i zaczął rytmicznie szeptać słowa biegły, opływały jego ciało, materializowały się przejrzystą powłoką wokół Frenna, słowa stawały się głośniejsze, szybsze, powłoka stawała się jaśniejsza lśniła jakby postacią byka, a Frenn nie mówił już tylko krzyczał wciąż te same słowa, wstał nie przerywając krzyku objął drzwi i mocno szarpnął, drzwi zostały mu w rękach, Frenn z siłą byka cisnął je na bok, a te z hukiem wpadły w ogień i przewróciły kocioł trolli, z którego wylała się zawartość, po czaszce Frenn poznał, że to był jednak człowiek. Wszedł do pomieszczenia za wyrwanymi drzwiami. W środku było ciemno i duszno, czuć było przerażenie. Frenn zapalił pochodnię, i w niewyraźnym świetle w kącie zobaczył dwójkę drżących dzieci, w drugim kącie chłopca obejmującego wystraszoną dziewczynę. Nie było tylko leśnika. – poczekajcie tu chwilę sprowadzę pomoc – powiedział Frenn najłagodniej jak potrafił i wyszedł. Musiał posprzątać jaskinię nim wyjdą ze swojego więzienia te przerażone dzieci. W tej właśnie chwili do jaskini wszedł Szrama z Oktawią i Pazurem. Szrama pomógł pogrzebać zwłoki Frennowi a Oktawia z Pazurem zajęła się dziećmi. Wieczorem wszyscy byli w wiosce. Radość mieszała się ze smutkiem po stracie leśnika, lecz widać było, że spokój zagościł na twarzach mieszkańców wioski. Przyjaciele kładli się spać wiedząc, że jutro zanim jeszcze kogut zapieje opuszczą wioskę i nigdy już tam się nie pokażą…