wtorek, 24 lutego 2009

Posłowie? ;)

to koniec przygód Frenna. Od ponad roku nie powstał żaden nowy odcinek...mam jednak nadzieję, że to co można tu znaleźć potrafi choć trochę zabawić :)

FrennW18

Powoli opadał pył, wśród gruzów, kawałków skał i nadpalonych drew, ukazywał się obraz pobojowiska. Z warowni czarnoksiężnika została tylko sterta leżących w nieładzie kamieni, skała na której stała warownia, pękła i częściowo osuneła się do jeziora, pochłaniając tym samym prawie cała twierdzę. Woda w jeziorze była zimna, jednak czysta... czysta zwykła woda. Frenn obrócił głowę, z włosów poleciał pył. Zobaczył leżącego Szramę bez maski, i patrzącą z miłością Okatwię na oszpeconą Twarz Szramy, w jej oczach wciąż ogniście złotych, pojawiły się dwie krople łez.
Szrama jęknął i otworzył oczy
- co się tak gapicie? – wystękał – kurczę muszę sobie chlapnąć, bo mi coś zaschło w gardle.
W odpowiedzi otrzymał setki uścisków i pocałunków na przemian od Oktawii Frenna a nawet od Pazura..
- no dobrze dobrze nic mi nie jest – gdzie to piwo?
Wstał pojękując- a Oktawia przyłożyła do jego Twarzy swoje dłonie...
- czy to jest modlitwa?- spytała cicho i po chwili z jej palców wypłynęły złociste promienie owijając twarz Szramy niczym bandarz, trwało to chwilę a Oktawia zaciskała wargi do krwii blednąc z wysiłku...gdy złoty bandarz opdał twarz Szramy była...wyleczona, żadnych blizn żadnych zadrapań
- jakoś wiedziałam, że to potrafię – powiedziała Oktawia i osunęła się osłabiona na ziemię, natychmiast pochwycił ją Szrama, nie mówił nic, ale twarz mówiła wszystko, radość wzruszenie i miłość do ex-diablicy malowała się w oczach Szramy...
-chyba czas na nas piesku – powiedział Frenn do Pazura, a ten pomerdał ze zrozumieniem ogonem
- jak to ? – spytali jednocześnie Szrama i Oktawia – chyba nas nie zostawicie....
- poznaję to miejsce – w moim domu wygląda identycznie wystarczy tylko przejeść przez tę bramę – wskazał na kilka oderwanych głazów, które spadając utworzyły coś na kształt bramy, jednak coś dziwnego było w tej bramie... to wyglądało jakby wcześniej ktoś zabrał framugę i został tylko otwór a spadające głazy otoczyły własnie ten otwór...po drugiej stronie widać było jezioro i las, zielony Północny las, w którym Frenn sie wychował, poznał go od razu...poza obszarem bramy był również las, ale jeszcze zniszczony ostatnią walką i latami złej aury tego miejsca, miejsca Szramy i Oktawii
- żegnajcie przyjaciele nie zobaczymy się więcej – powiedział Frenn i gwizdnął na Pazura, szybko przeszli przez bramę nim Szrama zdążył powiedzieć „czekaj” powiedział tylko
- może i tak lepiej, nie lubię długich pożeganań, gdzie to moje piwo – dodał i otarł łokciem łzę kręcącą się w oku
- chodźmy już - dodała Oktawia obejmując Szramę – zbudujmy dom na tym brzegu, może kedyś ktoś stanie w tej bramie i będziemy mogli go przywitać – dodała całkiem wesołym już tonem

FrennW17

Tu musiało być pięknie – westchnęła Oktawia, patrząc na martwe wody Kryształowego jeziora. Kikuty drzew przeglądały się w wodzie stercząc gdzie niegdzie z samej wody, dwa łańcuchy górskie otaczały jezioro a na horyzoncie widać było niebieską kreskę morza.Dzięki kompletnej ciszy z oddali dobiegał delikatny odgłos wodospadu. Własnie ta cisza była równie przygnębiająca co martwy las.
Oktawia podeszła bliżej brzegu i włożyła dłoń do wody natychmiast jednak ją wyjęła – brr zimna jak lód – musiała byc zimna, dłoń Oktawii poczerwieniała w jednej chwili
- Frenn natychmiast powchwycił dłoń Oktawii mocno przycisnął do siebie i wyszeptał coś na kształ modlitwy, dłoni wróciła zdrowa barwa, Frenn jeszcze przez moment stał jakby oszołomiony, po czym się ocknął....
- za chwilę ręka całkiem by ci zdrętwiała... to nie jest tylko woda...dziwne, że nie paruje- z wysiłkiem mówił Frenn – widać było wyczarpał się bardzo, uzdrwiając Oktawię.
- dziekuję – powiedziala Oktawia
- dziekuję – powiedział Szrama, który jakoś zbladł...
- co to był za czar? – bardzo interesujące – zaczęła Oktawia – nie znam czegoś takiego
- to nie czar – wyjaśnił Frenn – to wiara....
- wiara? – spytała się Oktawia, chciałabym mieć taką wiarę
- ja też – powiedział Szrama – ale to nie takie proste jak Ci się wydaje dodał natychmiast – też próbowałem ale nic z tego nie wyszło, chociaż wiesz..są różne ścieżki wiary, można wierzyć i leczyć jak Frenn i można wierzyć i działać jak my, i wtedy wszystko co robimy udaje się nam zauważyłaś?
Oktawia nic nie powiedziała, ale widać było, że słowa te zastanowiły ją głeboko.
- nie wiem jak wy...ale gdzieś się.. trzeba rozbić – dalej lekko słabym głosem powiedzial Frenn
- dobrze, myślę, że powinnisy się cofnąć o parę mil, widziałem tam opuszczony szałas niedaleko drogi
- zatem chodźmy, mam jeszcze trochę sił
I poszli, Oktawia z Pazurem szli trochę z tyłu. Oktawia potrzebowała trochę dystansu..

sobota, 21 lutego 2009

FrennW16

Brunatny dzień obudził przyjaciół. Zmęczeni, niewyspani i w złych humorach, bez słowa zjedli skromny posiłek po czym, wyruszyli w dalszą drogę. Rozmowa się nie kleiła, każdy zmagał się z własnymi myślami. Wiedzieli jednak to, że ponury krajobraz i niesprzyjaąca pogoda nie są bynajmniej czymś naturalnym. Zło czuć było z każdej strony, a oni nie mieli ochoty do walki, byli zmęczeni kilkumiesięczną podróżą, wielokrotnie przetykaną walką nieustanną walką o ich przetrwanie, tak jakby ten świat obrócił się przeciwko nim. Nawet Pazur szedł ze zwieszoną głową tuż przy nodze Frenna.
- ciekawe co dziś nas napadnie – powiedział, raczej do siebie Frenn
- nie mam pojęcia – odpowiedział także jakby do siebie Szrama
Pazur zaskomlał cichutko potwierdzając rezygnację panującą w drużynie.
- słońca nawet nie widać- westchnął Szrama
- chodź już, musimy dziś dotrzeć do kryształowego jeziora – ponaglał niezbyt przekonywująco Frenn
- wiem, wiem – kryształowe to ono było kiedyś, teraz to pewnie jest lepkie bajoro ze smolastymi bańkami, ale skoro się uparłeś to idziemy.
- też nie mam ochoty zostać tu dłużej, ale to jest jedyna nadzieja jaką mam, muszę się dowiedzieć...nie skończył Frenn, coś wielkiego i szarego przeciało wysoko na niebie, przerażliwie skrzknęło i umilkło, znikając za wierzchołkami pobliskich gór...
- niepodoba mi się to – stęknął Szrama a Pazur potwierdził jego słowa skomląc nieco głośniej...
- to zaczekajcie tu na mnie – powiedział Frenn – sam się tym zajmę
- no jasne – sam – na twarzy pojawił się lekki uśmiech – tak nie dam Ci tej satysfakcji, chodź piesku trzeba pomóc temu ..he he.. bohaterowi
Ruszyli jakby raźniej, a mimo grubej warstwy ciężkich brązowych chmur, zrobiło się trochę może jakby jaśniej...
Nagle, przed nimi powietrze zawirowało, w ognistym wirze pojawiła się postać – niewyraźna lecz z każdą chwilą coraz bardziej materialna, Fren i Szrama szybko wyciągneli broń, a Pazur zjeżył sierść...Wir zniknął a w miejsce jego stała przyjaciółka Szramy, były Sukub zmieniony przez Szramę w człowieka, a raczej Szrama zabił w niej zło, dość dziwnie jednym namiętnym pocałunkiem...
- a to ty ? – opuścił miecz Szrama chciał coś powiedzieć, o tym że powinna zostać w domu i, że ta wyprawa nie dla niej jest, bo przecież mogłoby się coś przydażyć, nie zdążył, szybki prawy prosty zwalił go z nóg, dziwczyna choć nie wyglądała na mocarza krzepę miała dalej iście diabelską, zresztą była świtnym fechmistrzem a i zachowała w sobie część magii...ognistej jak i ona sama
- jak mogłeś mnie zostawić samą? – wrzasnęła na niego- wiesz, że bez Ciebie nie dam sobie rady? – Frenn zachowywał zdziwione milczenie patrząc na Pazura, ten odpowiedział mu również znaczącym spojrzeniem...
- Ależ to niebezpieczne miejsce możemy tu zginąć, martwię się o Ciebie – odpowiedział Szrama wstając, pocierał zaczerwienione oko, wkrotce będzie fioletowo-sine, ale nie dbał o to, nie chciał by coś się stało Oktawii, bo również i on po tym pocałunku uległ zmianie...nie przyznawał się do tego ale jednak...
- nic mnie to nie obchodzi – chcę być tam gdzie ty – odpowiedziala Oktawia i odwróciła się plecami – a teraz chodźmy
- no...chodźmy przeciągle odpowiedział Frenn z kpiarsko-szelmowskim uśmiechem spogladając na Szramę , ten wzruszył ramionami jakby chciał powiedzieć – no co?
- widziałam ! – powiedziała uśmiechnięta od ucha do ucha Oktawia , a Pazur szczeknął radosnie i podbiegł do Oktawii....
- chyba nam jej tu brakowało nieprawdzaż? – szypnął Frenn na ucho Szramie
-chyba tak – odparł Szrama usmiechając się całą twarzą

wtorek, 17 lutego 2009

FrennW15

- Nie uda Ci się to, nic z tego – wyszeptał Szrama, kiedy Frenn usiłować trafić łuczniczkę na szczycie dachu starożytnej światyni – nie no pięknie się władowaliśmy, dodał żałośnie Szrama. A tak! Władowali się, się okrutnie, jak to zwykle bywa podpadli miejscowemu władcy, za to, że nie podzielali pogładów co do gnębienia, więzienia, porywania ludzi…ba nawet wytkneli mu to osobiście przy piewrszej nadarzającej się okazji, gdy ten ów polując jak to miał w zwyczaju na ludzką „zwierzynę” natknął się na nich w pobliskim lesie, oczywiście „zwierzyna” uciekała, a władca zarządził pościg z tymi dwoma obwiesiami, łotrami, I co tam jescze , którzy zniszczyli mu zabawę…
Cóż, w chwili gdy Szrama mówił te słowa, z „elitarnej” gwardii władcy zostało może pięciu najbardziej tchórzliwych , a może najbardziej zaradnych żolnierzy. Bowiem reszta gwardii pozostała w lesie, przygwożdżona do drzew, a ci którzy jeszcze mogli oddychać o własnych siłach, poważnie rozważali zmianę zawodu, na mniej kontuzyjny...ot choćby na kowala tudzież cyrulika…
Ci, którzy jeszcze mieli chęć naprzykrzania się Frennowi, Szramie i Pazurowi, ukrywali się wśród pałacowych zakamarków, chcąc wykorzystać element zaskoczenia i znajomości terenu….nie wiedzieli jednak, iż Pazura i jego doskonały węch trudno było zaskoczyć, a każdy ruch wilka był uważnie obserwowany przez przyjaciół, więc jedyne zaskoczenie jakie udawało się osiągnąć gwardzistom, to ich własne, kiedy wybiegając z krzykiem zza rogu, nadziewali się prosto na ostrza dwóch współpracujacych mieczy…
Do czasu...kiedy ktoś bardziej zorganizowany postanowił ustrzelić intruzów z łuku, wysyłając pozostałości "gwardii" na dachy rozpoczynając ostrzał, było momentami nawet groźnie, lecz łuk Frenna nie pudłował. I wtedy piersza strzała przeleciała całkiem blisko trafiając wóz nieopdoal przyjaciół.
- tam daleko, na dachu świątyni- szepnał Szrama, ale Frenn wymierzył, już łuk w tamtym kierunku,
- nie uda Ci się to, nic z tego, za daleko na Twój krótki łuk – wyszeptał Szrama
Lecz Frenn nie słuchał go, napiął cięciwę, poczuł miłe łaskotanie lotki na policzku, mierzył w stopę, przesuwał delikatnie łuk w górę, na kolano, brzuch…świstęła druga strzała wystrzelona przez łuczniczke, przeleciał jakiś metr obok wbijając sie w nieszczęsny wóz – za daleko – dalej szeptał Szaram ale bardziej do siebie niż do Frenna, a Frenn dalej w skupieniu przesuwał łuk w górę, czując powiew wiatru, najdelikanijeszy nawet, gdzieś w zakamarkach podświadomości był on, cel i wiatr…a ręka działa już sama czekając na ten moment…cel tuż nad prawym uchem…strzała popędziła w tym kierunku…
- za wysoko mój przyjacielu, nie dojdzie celu – powiedział żałośnie Szrama, Frenn tylko się uśmiechnął I w tej chwili łuczniczka złapała się w okolicach serca…I bezwładnie osuneła się wzdłuż dachu spadając bezdźwięcznie na dziedziniec…
Szrama nic powiedział, tylko patrzył z niedowierzaniem na Frenna.
- Idziemy – powiedział sucho Frenn – mamy rachunki do wystawienia temu bydlakowi. I ruszyli do zamkowych komnat, gdzie skulony ze strachu władca czekał na swój koniec…a koniec miał dopiero przyjść po procesie, w którym wszystkie ofiary dały świadectowo jego zbrodniom , a sprawiedliwość choć rzadka na tym świecie, zatriumfowała wśród prostych ludzi bardzo jej łaknących….
A Frenn Szrama i Pazur ruszyli dalej, w poszukiwaniu przystani…

FrennW14


Gdzieś nad brzegiem urwistej skały stał Frenn, zapatrzony w dal, poza horyzont, myślał czy kiedykolwiek wróci do domu, do swojego lasu, Srebrnookiej, czy też zostanie tu na zawsze…minuty płynęły a Frenn pozostawał w zadumie, Pazur cichutko zaskomlił rozumiejąc rozterki…tylko Szrama nie przejmował się całą sytuacją drzemiąc pod drzewem i pochrapując od czasu do czasu…tak upłynął wieczór, bez zbędnych słów…
Następnego dnia, poranek wstał chłodny, przetykany mżawką i nieprzyjemnym wiatrem. Tu i ówdzie pojawiły się błotniste kałuże, jednakże przyjaciele szli dalej przez dość ponuro wyglądający krajobraz, po jakimś czasie dotarli do martwo wyglądającego lasu, gdzie liście wyglądały jakoś tak szaro, jakby przyprószone pyłem wieków, żadnego śpiewu ptaków, niewiele zwierząt bojaźliwie uciekających przed podróżnikami. Maszerowali w milczeniu, przygnębieni jakimiś bliżej nieokreślonymi sprawami, a może tym ponurym widokiem, aż doszli do rozstaja dróg, gdzie znak był i owszem zniszczony równie dawno jak dawno w tym lesie była wiosna…
- no dobrze – to dokąd teraz zmierzamy ? – spytał trochę niecierpliwie Szrama
- na południe do Portu …- nie skończył Frenn, gdy nisko nad głową szybko przeleciał olbrzymi nietoperz…
- a cóż to…!!?- wykrzyknął Szrama
- nie wiem – odparł spokojnie Frenn, ściągając z ramion łuk – ale się dowiem…
Nagle powietrzem wstrząsnął silny podmuch i obaj przyjaciele chwycili się z uszy nie słysząc jednakże żadnego dźwięku, Pazur natomiast zawył przeraźliwie i zaczął uciekać w głąb lasu. Frenn pomimo bólu napiął łuk i celując w kierunku gałęzi, na której siedziało to stworzenie z otwartym pyskiem jakby krzyczało choć wokół panowała cisza…grobowa wręcz cisza…strzała świsnęła i po krótkiej chwili dosięgła bezbłędnie cel…nietoperz spadł, cisza się skończyła ból w uszach nagle znikł…
- rety- powiedział Szrama – w życiu ni spotkałem takiego stworzenia
- dziwne – te nietoperze żyją w mojej krainie, nie są co prawda tak duże ale jednak dość podobne – zastanawiał się głośno Frenn…
- czyżby to była droga do domu? – dodał Szrama, lecz Frenn nic odpowiedział, tylko rozglądał się za Pazurem, który po chwili wyłonił się zza krzaków, z bardzo strapioną miną..
- Jeśli tych stworzeń jest tu więcej, Pazur tego może nie przetrwać ma bardziej czuły słuch od naszego, musimy poszukać innej drogi – stwierdził Frenn
- jak sobie życzysz – odparł trochę zadowolony Szrama, bo ta droga mu się od początku nie bardzo podobała…
- wiem o czym myślisz, chcesz byśmy zostali na noc w Grodzie nieopodal?
- a czemu nie? – nalegał Szrama – zatrzymamy się, napijemy , uzupełnimy zapasy, odpoczniemy może? – ostatnie słowa dodał dość niepewnie…
- no dobrze, zgodził się Frenn i z troską pogłaskał ogromnego srebrnego wilka, który odpowiedział radosnym merdaniem – jemu też nie podoba się ta droga – dodał Frenn a na jego twarzy zagościł ledwo zauważalny uśmiech…

FrennW13

Gdzieś …na krawędzi snu przeleciał złoty feniks, zrzucając jedno pióro, spłonął w oczach stając się pierwszym promieniem wschodzącego słońca…
Frenn obudził się trzymając kurczowo lotkę strzały, patrząc tęsknie za snem powoli przytomniał zbierając się do kolejnego dnia…słońce stało już w wysoko, gdy w obozie wybuchła nagle panika…słychać było krzyki, powstał niesamowity zgiełk … wszyscy chcieli jednocześnie wydostać się z tego miejsca. Uciekając gdzie popadnie, tratowali się wzajemnie, z krzykiem przerażenia…Frenn się im nie dziwił, wszyscy tu obecni przeżyli istne piekło, by wydostać się z piekła w którym niespodziewanie przyszło im żyć. Zatem na wszelki objaw czegoś nieracjonalnego wszyscy reagowali bardzo spontanicznie, słusznie obierając drogę ucieczki od nieznanego …Frenn nauczył się poruszać w tym ludzkim strumieniu, także kierował się szybko do miejsca, w którym coś się stało…po chwili dotarł na miejsce gdzie stały cztery odziane w skóry wojowniczki I strzelając z łuków powalały bezbronnych ludzi…Frenn nie myślał zbyt długo chwycił łuk I w mgnieniu oka wypuścił cztery strzały, które pewnie dosięgły celu. W tym momencie nadbiegł Szrama
- co tu się stało? – zapytał lekko zdyszany, rozglądając się wokół
- no właśnie… dziwne …coś tu nie gra ni stąd ni zowąd pojawiają się cztery barbarzynki szyjąc z łuków do wszystkiego co się rusza…na środku obozu? Tak po prostu? Coś tu nie gra
- rzeczywiście – patrz! – krzyknął Szrama wskazując ręką miejsce gdzie poprzedni stały barbarzynki - coś nie gra – dorzucił odbiegając do …czterech barbarzynek stojących dokładnie tak samo jak pięć minut temu , strzelających tak samo jak pięć minut temu, tyle że strzały tym razem zapalały namioty…
- co się tu dzieje? myślał Frenn ponownie wypuszczając strzały, które przelatując przez ciała barbarzynek utkwiły w …namiotach za nimi ..nie dam rady myślał z zaciśniętymi szczękami Frenn podczas gdy szrama próbował związać walką pierwszą z barbarzynek…
Lecz ta śmiejąc się z bezsilności Szramy, który bezskutecznie dźgał fantom wojowniczki mieczem, wypuszczała dalej swoje zabójcze strzały…
Frenn opuścił łuk zrezygnowany - co robić? Myślał intensywnie…Kiedy znów nie wiedzieć skąd tuż za jego plecami pojawiła się świetlista istota, która swym melodyjnym głosem zanitowała…
Frennwayu Astorio weź te strzały,
Wiecznym ogniem naznaczone
Z serc szlachetnych powstały
Walczyć ze złem im przeznaczone
Frenn stał jak wryty…znowu? kto to jest? Co tu się do cholery dzieje?
W dłoni trzymał kurczowo lotki czterech ognistych strzał…
Pióro feniksa…w lotce, legendy głosiły, że pióra feniksów płoną lecz dobrym istotom przynoszą ciepło i ukojenie podczas gdy istoty złe giną w tym ogniu…
Frenn nie zastanawiał się długo…napiął łuk I strzały jedna po drugiej wystrzeliły z sykiem bezbłędnie dosięgając celu. Cztery okropne wojowniczki popatrzyły ze zdziwieniem na tkwiące w ich piersiach płonące strzały i wrzasnęły jednocześnie …najpierw ze złości, że ktoś śmiał je zranić, a potem z bólu od ognia, który zaczął trawić zło…wraz z nimi, po chwili pozostały tylko cztery kupki popiołu I wciąż odbijające się echo ich przeraźliwego wrzasku…
- co to było? – z niedowierzaniem patrzył na to wszystko Szrama, ludzie wokół też wyglądali na kompletnie zdezorientowanych, lecz czując że zagrożenie minęło, wrócili do swych zajęć, choć część z nich rozpoczęła szykowanie się do ponownej zmiany miejsca.
- nie mam pojęcia – odpowiedział zrezygnowany Frenn
- no ale wygląda że masz oko u kogoś na górze – uśmiechnął się Szrama – już drugi raz dostajemy nieoczekiwaną pomoc, nie wiedzieć dlaczego I od kogo
- no właśnie – nie rozumiem tego – I powiem szczerze zaczyna mnie to przerażać…
- będzie dobrze- poklepał po ramieniu przyjaciela \szrama
- obyś się nie mylił, bo ja mam jakieś przeczucie, że dobrze to nie będzie – westchnął Frenn i odszedł w kierunku swojego namiotu…a wysoko gdzieś pod słońcem błysnęło złoto feniksa roniącego kolejne pióro….

FrennW12

Frenn i pająk … gdy tak wędrowali poprzez czerwonawy półmrok piekielnej otchłani. Szrama i Pazur, czekali niecierpliwe w oberży, lecz czuli że coś się dzieje na zewnątrz…i rzeczywiście całe niebo płonęło czerwienią, i to dosłownie… zrobiło się gorąco…niesamowicie gorąco. Wilk warczał z cicha na przebiegającego kota, lecz zostawił go w spokoju, czuł, że kot jest nie winien… tak wyczuł siarkowy zapach, swego piekielnego kuzyna…zawył przeciągle, i znikł za rogiem tropiąc ognistego ogara. Szrama został sam, trochę zaniepokojony rozejrzał się wokół i ujrzał dziewczynę, młodą z płonącymi włosami, czerwono-czarnym obcisłym skórzanym pancerzu…to nie mogła być mieszkanka miasteczka, to młody sukub, pomyślał szybko Szrama, dorosłe sukuby to straszni przeciwnicy, dysponują ogromnym urokiem zniewalającym przeciwnika zarówno mężczyzn jak i kobiety, używają do tego własnych wdzięków jak i ogromnej magii iluzji, poza tym świetnie radziły sobie z szermierką i magią opartą na ogniu…ten sukub był młody, nie wykluły się jeszcze skrzydła… lecz młode również sukuby były bardzo niebezpieczne, zwłaszcza w zwarciu, w zwarciu….w zwarciu, myślał intensywnie Szrama podchodząc cicho od tyłu sukuba…nie wiedział co zrobić nie wydobył jeszcze miecza, sukub był na wyciągnięcie ręki…kiedy się obróciła, było za blisko na wyciągnięcie miecza, stanęli twarzą w twarz, jego zielone oczy z jej płonącymi ognistą tęczą…była równie zaskoczona jak on…Szrama przycisnął sukuba do ust…i zaczął całować tak namiętnie jak nigdy dotąd to mu się nie zdarzyło, sukub odpowiedział pocałunkiem, stali tak w objęciach jakby czas przestał mieć znaczenie, Szrama czuł, że z sukubem coś się dzieje, jak cała mięknie w jego ramionach, jak staje się jego…zadziwiające… jak to sukub? Przecież sukuby pozbawione są duszy?...nagle stało się coś nieoczekiwanego. Sukub naprężył się z bólem w oczach…nie wiedziała co się dzieje…skóra na plecach gwałtownie pękła ukazując dwa błoniaste skrzydła… sukub wrzasnął z bólu przeraźliwym demonicznym głosem, głosem dziewczęcego bólu...krzyczał również przeraźliwie…skrzydła odskoczyły od sukuba ukazując małego demona który zwijał się ze złości i nienawiści. Jego wrzask przeraził nawet Szramę, który dobył szybko miecza chcąc ugodzić tę demoniczną duszę sukuba…lecz nie zdążył…skrzydła z tym czyś w jednej chwili stanęły w ogniu…i z potwornym wrzaskiem zniknęły z tego świata…na ulicy stała dziewczyna…jak przedtem, na plecach widniały dwie krwawe blizny…i jedna na wysokości serca…a ona płakała z bólu i zagubienia…Szrama schował miecz...przytulił dziewczynę…co ja najlepszego zrobiłem? – pomyślał … poczekaj opatrzę ci rany powiedział a płonące oczy patrzyły na niego z uwielbieniem…

FrannW11

Pazur nie bardzo chciał iść, podkulił ogon i skomlał…jak nigdy…frenn podszedł do niego…
-możesz zostać przyjacielu…tu też może przyda się twoja pomoc…
Pazur z wyraźną ulgą pomerdał ogonem… i ruszył w kierunku centrum miasta…
Szrama też miał minę niewyraźną….
- idź pomóż Pazurowi – powiedział spokojnie Frenn
- będziesz mnie potrzebował – odpowiedział Szrama , choć widać było, że bardziej z obowiązku niż z ochoty zobaczenia Loccutusa
- pomóż pazurowi – powtórzył spokojniej Frenn, dam sobie radę
- dobrze już idę – odwrócił się i odszedł…
Frenn znalazł malutki zagajnik, tam ściągnął plecak wyjął kilka zawiniątek, jakieś pudełeczko, i powoli zaczynał przygotowywać się do zejścia w szczelinę klasztoru.
Sprawdził łuk i cięciwę, strzały przejrzał wszystkie, część nasączył parująca substancją wyciągniętą z pudełeczka. Inne skropił wodą, którą otrzymał od starego mnicha, za pomoc w przeprawie przez górską rzekę…nasmarował twarz maścią, czarną jak smoła, lecz w dotyku chłodną i przyjemną… i ten chłód wzmagał się im bliżej był ognia… dając skórze świetną ochronę przed oparzeniami...wśród drzew poczuł się jak w domu, usłyszał ziemię, jak opowiadał swoją historię…w tym miejscu była naprawdę smutna, słyszał łkanie umęczonej plugastwem ziemi…skoncentrował się na pomocniku, będzie go potrzebował…Pazur i Szrama nie powinni się do tego mieszać…ale sam też nie da rady, wiedział jak przywołać zwierzęcych pomocników ,lecz tym razem potrzebował kogoś mocniejszego…kogoś jak upiorny pająk z którym kiedyś walczył samotnie… i nagle wśród tych kliku drzew poczuł jonizujące się powietrze, malutki błyskawice przeskakiwały z gałęzi na gałąź trzeszcząc wysokim napięciem… uformowały kształt okręgu, w którym jakby wciągnięty w ten czas i przestrzeń stał olbrzymi pająk… „idziemy” wydał bezgłośną komendę Frenn.. pająk posłusznie podążył za swoim panem…doszli do szczeliny….
Wewnątrz panował czerwonawy półmrok, nie zdążyli nawet przyzwyczaić się do tego światła gdy wyskoczyło na nich coś, coś małego lecz z olbrzymią furią zaatakowało przybyszów…to był kot…wystraszony całym tym zamieszeniem….Frenn powstrzymał pająka od ataku…a sam spróbował udobruchać kotka…ten po chwili uspokoił się …miauknął żałośnie…I odszedł w kierunku wyjścia… uff ale mnie wystraszył… pająk nic nie odpowiedział…stukał tylko swoimi wrzecionowatymi nogami o skały…
c.d.n.

FrennW10

Cdn…??
Deszcz padał bez przerwy trzeci dzień, skutecznie torpedując plany dalszej podróży. Frenn i Szrama siedzieli wciąż w tej dziwnej oberży, gdzie nie było prawie nikogo, oprócz paru ciągle zawianych bywalców i wylęknionego oberżysty. Po trzecim dniu Szrama nie wytrzymał i zaczął wypytywać pijaczków, o co tu chodzi…pomimo, że byli pijani, nie bardzo chcieli mówić, a ich twarze wykrzywiał źle ukrywany strach…
- wygląda na to, że mamy tu coś do zrobienia – zaczął Szrama przysiadając się do samotnie sączącego cienkie piwo Frenna
- to wiem odkąd woźny otworzył bramę – odpowiedział Frenn- ale czy wiesz coś więcej?
- niewiele – ale zacznę od początku…te ruiny, które mijaliśmy ostatnio, tam gdzie ziemia wypalona jest, kiedyś był klasztor. Ale coś się stało, ludzie nie chcą mówić ..boją się…jednak zło po tym występku zawładnęło klasztorem i rozpełzło się po okolicy…Ludzie zostali tu, gdyż uważają iż nie ma stąd ucieczki…
- i słusznie uważają –dodał Frenn- ślady na to wskazują, że było wiele nieudanych prób wydostania się z miasteczka…
- właśnie, są przerażeni – a jednocześnie jakoś przerażający…nie wiem, ale coś tu nie gra i to bardzo…
- tak ciekawa sprawa, ale myślę, że od nich samych wiele tu zależy…póki pada deszcz możemy przyjrzeć się temu bliżej, może znajdzie się ktoś kto rzeczywiście potrzebuje naszej pomocy..
- masz rację – dodał Szrama i skończył swój kufelek – ale piwo mają tu wstrętne, pewnie warzą sami , ze starych skarpetek
- panowie długo zamierzają zostać? – spytał przerażony karczmarz
- do końca tygodnia – odparł szybko Frenn – Karczmarzu co tu się dzieje – dodał po chwili wbijając swe szare oczy w oberżystę, ten chciał odwrócić szybko wzrok, ale nie zdążył, czuł że musi powiedzieć, że łzy nabiegają mu do oczu, że będzie dla niego Lepiej jeśli te \szare oczy ujrzą prawdę
- to był wypadek- zaczął szybko, jakby złapany na gorącym uczynku- chociaż nie…to nie był wypadek…zaczęło się od momentu kiedy na okolicę spadła susza, lato było gorące i wiele studni wyschło, a plon był marny…Ludzie nie mieli pieniędzy….i głód zajrzał nam w twarz…i wtedy pojawił się brat Loccutus.. wmówił nam, że przez nasze lenistwo i niedbalstwo zasłużyliśmy na karę…lecz on wybłaga o łaskę dla nas…lecz że to wymaga ofiary…bracia z klasztoru mówili nam że to szarlatan… ale on tak pięknie mówił o pełnych spichlerzach, o wesołych dzieciach, o dobrobycie…za wysoką aczkolwiek uczciwą cenę…życie dziewczyny…poświęconej na ołtarzu za nasze grzechy…za jej również przyszłe…tak na mówił, a my uwierzyliśmy mu…nie chcieliśmy słuchać naszych braci, zwłaszcza, że Loccutus podszeptami buntował nas przeciwko nim…twierdząc że w spichlerzach jest mnóstwo ziarna, zagrabionych przez mnichów sknerów, że oni śmieją się z naszego cierpienia sami opływając w dostatki…i nas zgnębianych przez głód i suszę łatwo było pokierować przeciw nim…i wygnaliśmy ich…nie, nie zabijaliśmy wtedy nikogo…daliśmy om do zrozumienia, że nie są nam potrzebni … i odeszli…no …niezupełnie…. Wyrzuciliśmy ich siłą, ale nikogo nie zabiliśmy- dodał karczmarz bardzo szybko, po czym wylęknionym wzrokiem obejrzał się wokół siebie, upewniwszy się że nikt nie patrzy w ich kierunku, kontynuował opowieść…
Po wyrzuceniu mnichów Loccutus zajął klasztor, lecz spichlerzy nie otworzył, twierdząc że mnisi założyli na zamki jakieś piekielnie magiczne zabezpieczenia, i że bez ofiary nie można ich otworzyć… mówił, że bogowie zaczynają się niecierpliwić i że wkrótce ześlą kolejną plagę za nasze niegodziwości , cóż przyszło nam wybrać ofiarę…los chciał, że zgłosiła się jedna dziewczyna, niezbyt rozgarnięta, chciała poświęcić się dla wszystkich…kamień spadł nam z serca, lecz radość nie trwała długo…Loccutus, powiedział że bogowie wybrali ofiarę, a miała nią być Laura – śliczna córka burmistrza. Dziewczyna o przecudnej urodzie i złotym sercu. Smutek padł na rodziców, na całą społeczność, ale Laura dzielnie znosiła brzemię…była również gotowa poświęcić swe życie za nas wszystkich…w dzień ceremonii Loccutus zebrał wszystkich w klasztorze, i poprowadził uroczyście ceremonię, lecz nie ofiarował Laury na naszych oczach, odurzył ją tylko, i powiedział że powinniśmy pójść do domu, gdyż najważniejsza część musi pozostać między kapłanem a bóstwem…tak …tak powiedział…i poszliśmy do domów…z wyjątkiem małego Luka…on zawsze podgląda...cokolwiek ciekawego się dzieje...mały Luka wścibia swój nos….wtedy również…lecz ku przerażeniu wszystkich wpadł na plac i rozedrganym głosem powiedział, że Loccutus robi coś złego Laurze…wiemy odpowiedzieliśmy mu współczująco…jednak Luka że to są zupełnie inne rzeczy…w zdumieniu słuchaliśmy co opowiada Luka a gniew wzrastał w naszych sercach….chwyciliśmy co było pod ręką i popędziliśmy do klasztoru, i rzeczywiście Luka nie mylił się Loccutus hańbił Laurę a raczej bezcześcił …nasz gniew przerodził się w furię dopadliśmy Loccutusa i przygotowaliśmy dla niego pal tuż pod ołtarzem…gdy wbijaliśmy go on się śmiał i krzyczał że wszyscy jesteśmy jego na naszych rękach jest niewinna krew Laury a teraz tylko go uwalniamy….myśleliśmy że do reszty oszalał i majaczy bez sensu….jednak w momencie gdy miał wyzionąć ducha…wyzionął …demona, który z potępieńczym śmiechem Loccusa rzucił się na nas z okrzykiem wolny wreszcie wolny niewinna krew spłynęła drżyjcie słudzy moi…ziemia się pod nim rozstąpiła i zniknął… zniknęło też ciało Laury i kilku mieszkańców którzy stali w miejscu szczeliny…od tego czasu nie opuszczamy miasteczka…lecz on przychodzi i zabiera po kolei każdego z nas…a tych co próbują się wydostać…ścigają demoniczne potwory…jak narzazie skutecznie… gdyż przywlekają pod bramy zwłoki…lub to co z nich zostało…nie pożarte…
Zakończył gospodarz i zapłakał…
Szrama milczał…Frenn patrzył w dal …długo …wreszcie wyszeptał Loccutus, znam go to czyste zło, to on mnie tu przywlókł .. to on zabrał mi mój dom…mój las...moją…
Nie dokończył…więc tu przyjdzie się mi z nim zmierzyć….a więc dobrze…niech tak będzie….

c.d.n

FrennW9

I tak, Frenn wędrował ze Szramą wzdłuż wybrzeża… próbując odnaleźć drogę do domu. Frenn z dnia na dzień stawał się coraz bardziej przygnębiony. tęsknił do swojego Północnego Lasu …do Pani Srebrnookiej. Lecz zdawał sobie sprawę, że może już nigdy ich nie zobaczy. Blask szarych oczu przygasał, a jego prężna sylwetka czasami sprawiała wrażenie przygnębionej. Szrama martwił się o przyjaciela, a Srebrny pazur, patrzył swym mądrym wilczym spojrzeniem na swojego pana i delikatnie merdał ogonem próbując go jakoś pocieszyć. Frenn jednak zawsze gdy tylko orientował się, że przyjaciele patrzą na niego z troską, odwracał wszystko w żart i znów był sobą, przez jakiś czas… po tygodniu podróży dotarli na skraj lasu, gdzie opodal małego miasteczka, zbudowano mały klasztor. Może i był malowniczy lecz teraz wyglądał na opuszczony, a wokół niego nie rosły nawet chwasty… Przyjaciele dotarli do zamkniętych bram miasteczka. zapukali lecz odpowiedziała im cisza. Zapukali ponownie. Brama była zamknięta więc ktoś powinien być w środku…lecz wciąż odpowiadało milczenie…
jest tam kto ?!! – wrzasnął Szrama
- czego tu – odpowiedział nieprzyjemny zachrypnięty głos.
- jesteśmy strudzonymi wędrowcami potrzebujemy odpoczynku i zakupić trochę zapasów, płacimy złotem – dodał na wszelki wypadek
W bramie słychać było odsuwanie sztab, po chwili wrota uchylił y się troszeczkę i ten sam głos lecz nieco łagodniejszym tonem powiedział – niech panowie rycerze się pospieszą ..szybko, szybko i gdy tylko ogon Pazura znalazł się na dziedzińcu. Wrota zatrzasnęły się głucho.
- przepraszam wielmożnych panów – ale ciężkie czasy nastały ciężkie, lękamy się wszystkiego – ale nie pora o tym nie pora, proszę Niech wielmożowie udadzą się tą uliczką, na końcu jest Oberża „U Krandberego” możecie się tam zatrzymać.
- dziękujemy ci dobry człowieku – powiedział Szrama i rzucił mu srebrną monetę – to za nie pozostanie głuchym na pukanie…dodał
- dziękuje łaskawy panie – zaskrzeczał uradowany odźwierny i zniknął w swej kwaterze.
Frenn nic nie mówił tylko rozglądał się uważnie…coś tu się rzeczywiście działo niedobrego…domy w tej części miasteczka wyglądały na opuszczone, część z nich wyglądała na przypalone, jednak nie pożar zmusił ludzi do ucieczki…
Weszli do karczmy, w izbie było pusto i tak jakoś ponuro… karczmarz przyglądał się im przerażonym wzrokiem…
- czym mogę panom służyć – przywitał ich tak jakby chciał żeby zaraz sobie poszli, lub żeby nawet nie wchodzili
- nocleg dla dwóch ludzi i …psa, kąpiel, kolacja, ale najpierw kufel zimnego piwa, butelkę wina i miskę z wodą – jednym tchem wyrzucił z siebie Szrama kładąc na stole trzy złote monety
- o to wiele za dużo wielmożny panie – wybełkotał karczmarz
- nie martw się reszta dla ciebie – uśmiechnął się od cha do ucha Szrama
A gdy karczmarz zniknął szturchnął Frenna
- ach lubię takie wejścia
- wiem – westchnął Frenn i usiadł w kącie przy stole, z którego widać było całą salę…cóż dziwne ..była pusta…

c.d.n.

FrennW8

Gdzieś na krańcu świata, nad skalistym urwiskiem przycupnęła osada. Malutkie sioło zasiedlone głównie przez rybaków, kilku emerytowanych żołnierzy i ogólnie rzecz biorąc biedę, ale szczęśliwą, bez głodu i chorób… w jednej chatce, większej niż wszystkie inne zorganizowane było całe życie wioski. Był tu sklep i gospoda, a także urząd sołtysa, kapliczka i browar…w zachodzących promieniach słońca, na zewnątrz klubo-gospody siedziało dwóch mężczyzn, u podnóża jednego spał duży pies. sącząc piwo z glinianych kufli, patrzyli na wszystkie odcienie czerwieni na niebie. Morze płonęło blaskiem ostatnich promieni słońca, a niebo zaczęło przebierać się w granaty upstrzone srebrnymi punktami gwiazd. Karczmarz, który jednocześnie był sołtysem i sklepikarzem, zapalił łuczywa by trochę rozjaśnić zapadający mrok.
- może panowie wejdą do środka, zaraz się zrobi zimno – zaproponował oberżysta
- dziękujemy gospodarzu, jeszcze chwila – odparł jeden z mężczyzn.
- jeszcze jedno piwko z łaski swojej – dodał drugi…
Karczmarz zniknął w czarnej plamie drzwi. Niebo przecięła spadająca gwiazda, na tyle duża by zwrócić na siebie uwagę…
- pomyśl życzenie – uśmiechnął się jeden z mężczyzn
- jeszcze jedno piwo ? – sarkazm w głosie drugiego był aż nadto wyczuwalny, lecz…
- panowie życzą sobie następne? – spytał zdziwiony karczmarz z kuflami w ręku …
Nagle obaj mężczyźni wybuchnęli śmiechem, karczmarz stał trochę zmieszany lecz po chwili też zaczął się śmiać serdecznie. Pies podniósł głowę i z wyrazem pełnego oburzenia wstał i przeszedł w bardziej ciche miejsce, po czym zakręcił się trzy razy w kółko położył się, ziewnął i zasnął znowu. Śmiech umilkł, a karczmarz pobiegł po następne piwo…dla siebie też.
I tak…powoli zapadała noc, w ciepłym świetle ognia pochodni, kojącym szumie morza, przerywana z rzadka nawoływaniem mew. Przyjaciele skończyli ostatnie piwo i poszli z karczmarzem na małe pięterko gdzie były pokoiki dla gości. Złożyli plecaki, broń … i rzucili się na łóżka znużeni mocnym piwem, i dwoma dniami bezustannej podróży, w deszczu, wietrze i z przygodami takimi, że biedny karczmarz posiwiałby od razu gdyby tylko wiedział…a tak …miał tylko miłych aczkolwiek trochę dziwnych i niebezpiecznie wyglądających gości…
Sam nie czekał długo , zgasił pochodnie, zamknął drzwi i wszedł do małej izby …położyć się spać.
Dobranoc…

poniedziałek, 16 lutego 2009

FrennW7


Ale skąd to stado zombich tutaj? – dziwił się Frenn,
Nie mam bladego pojęcia – nie pomógł mu Szrama – przecież ten szlak był czysty…
To wiem – burknął pod nosem Frenn wypuszczając kolejną ognistą strzałę, która wbijając się w ożywione ciało płonęło zielonkawym ogniem…z wtórującym potępieńczym wrzaskiem…ogień wszak oczyszcza….
To na nic – rzekł lekko zrezygnowanym głosem Frenn- strzały się kończą, a zombich jest coraz więcej, zmykamy stąd…
Ale…nie było to łatwe zadanie…ktoś uparcie pragnął ich usidlić w leśnej pułapce… Szrama położył kilku zombich…a raczej poszlachtował …trudno jest zabić coś po raz drugi….dopiero gdy wszystkie członki są odseparowane od ciała …magia ożywieńcza traci moc…zapętla się i gubi….po czym ze świstem znika…ogniem walczy się prościej…zwłaszcza, że i ożywione ciało i magia nie są odporne na ten żywioł…niestety Frennowi skończył się strzały ogniste…a strzelanie zwykłymi przypominało wbijanie igieł w poduszkę na igły…żadnego efektu… uciekali w stronę jeziora…mieli tam przygotowane czółno…lecz po przybyciu na miejsce okazało się że czółno zostało rozbite przez dwudziestkę podtopionych zombie…przez niektórych zwanych utopcami…groźniejszych braci zombi, gdyż ci trudniej się zapalali…
O nie…westchnął Frenn…to chyba koniec…
Chyba tak – zawtórował mu Szrama…
Wtem w powietrzu otworzyły się jakby drzwi, z których wyszła jaśniejąca postać…
I melodyjnie miękkim głosem szepnęła – Frennay’u Astorio nabierz w dłonie wody z jeziora. Ta woda jest czysta… nie zwlekaj….i całe zjawisko rozmyło się w blasku zachodzącego słońca..
-nabierz tej wody – nalegał Szrama – utopce nas wyczuły i maszerują do nas….
- co ty pleciesz – zdenerwował się Frenn
- Bierz tę wodę i nie dyskutuj…
Frenn nie całkiem wiedząc co innego mógłby w tej chwili zrobić wszedł po kolana do wody…poczuł jak czysty zimny prąd ogarnia jego ciało dreszczem. Opuszkami palców musnął taflę wody, czując że woda formuję się w coś niezwykle znajomego… między palcami ujrzał strzałę, całą z wody…napiął łuk strzała popłynęła do celu… trafiając utopca w miejsce, w którym kiedyś było serce… potwór zachłysnął się jakby wodą…po czym zmienił się w wielką bryłę wody, która pod wpływem grawitacji rozlała się po trawie…Frenn i Szrama patrzyli zdumieni…na pozostałych potworach nie zrobiło to najmniejszego wrażenia, do czasu gdy kolejne strzały zaczęły dosięgać następne zombie.
jeden po drugim kończyły swą plugawą egzystencję…Szrama siedział z nogami skrzyżowanymi i nucił jakąś knajpianą piosenkę … Frenn ciągle stał w wodzie szyjąc z łuku nieustannie.. łąka spływała wodą , zombie zaczęły się wyczerpywać…jeszcze dziesięć strzał…pięć…trzy…ostatnia…zaległa cisza…chwilka, w której nawet Szrama Nie śpiewał…Frenn sięgnął po następną wodną strzałę…lecz woda przepłynęła przez palce…
To…chyba ..koniec…wyszeptał blady z wysiłku Frenn i wpadłby do wody gdyby nie szrama, który doskoczył błyskawicznie chwycił przyjaciela i doprowadził do brzegu. Frenn leżał nieprzytomny na piasku…szrama rozpalił ognisko…i zajął się rozkładaniem namiotu…zmierzch już zapadł gdy obaj przyjaciele zasnęli w namiocie….a gdzieś daleko, daleko, ktoś kto im źle życzył wył z bezsilności, gdyż ta armia zombich kosztowała go wiele zbyt wiele…

niedziela, 15 lutego 2009

FrennW5 i W6

Zakręt za którym kończy się bajka,
To czy tam będą migdałowe oczy,
Czy lamparcie pazury, zależy tylko ode mnie…
Tak to ten czas, w którym oddaje swe serce podróżom w nieznane..




Mały ptak przysiadł na ramieniu, może to skrzydlaty kot, a może wspomnienie
Słowa, uwolnione biegną wesoło mijając przygody…gdzieś daleko został świat…
A strony zapełniają się powoli...przygodą , pożądaniem, westchnieniem…
Czy to są zapomniane krainy? Może ..a może nie. .zatem zaczynamy opowieść…

Dawno, dawno temu… w Zapomnianych krainach, gdzieś w srebrnych Marchiach
Nieopodal Sundabar.. tak tam, a może zupełnie gdzie indziej… przyszedł na świat Frenn a właściwie Frennay Astorio. Mały chłopiec, z wesołym uśmiechem, i dużymi siwymi oczyma. Od początku swego życia mieszkał w lesie, tak jak jego przyrodnia siostra Quara, oboje lubili leśne ostępy, a najbardziej chyba lubili zabawę w chowanego…do tego stopnia, że nieraz zakradali się do obozu orków i przegrywał ten który wcześniej wszczął alarm… nie orki nie potrafiły dopędzić szybkich i zwinnych maluchów, których domem była knieja…wkrótce miało się to jednak zmienić …a tak… zmienić. Matka odeszła…nie wiadomo co się stało, czy to byli ludzie, orki czy Drowy…kiedy dzieci wróciły do domu zastały go pustym…widać było ślady walki…ale ślad w lesie urywał się nagle…jakby wszystko wyparowało w jednej chwili…a może to był portal? Nie wiadomo do dziś…Quara jako starsza siostra zajęła się bratem…lecz wkrótce przyszła zima…dziwna to była zima…mroźna i jakaś taka dzika…jakby sama Auril – surowa zimna i zła bogini zeszła tej zimy na toril…

…co się stało z rodzeństwem później? Więc oboje znaleźli się w domu Leśnika…człowieka z zasadami, który naprawdę nauczył ich sztuki przetrwania w lesie, a także wśród ludzi... Quara kiedyś po rozmowie z kupcem, zapragnęła zobaczyć świat, i kiedy była na tyle dorosła by długi miecz nie szurał po podłodze pożegnała Leśnika, brata i ruszyła w szeroki świat... Frenn dorastał w lesie…Głusza była jego domem…zielonym, nieokiełznanym…Sztukę ukrywania opanował do perfekcji…nikt nie był w stanie zobaczyć Fenna w lesie, dopóki on nie chciał być zauważony. Pewnego dnia ze starej skrzyni Leśnika wyciągnął łuk…krótki, lecz strasznie trudno było go napiąć. Leśnik gdy to zauważył, powiedział, że dostanie ten łuk jeśli tylko będzie w stanie go napiąć…pytając Frenna czy dotykając nie poczuł czegoś …
- tak – wystrzelił \frenn jak nigdy – trzymając ten łuk w dłoniach poczułem się bezpieczny…
- to dobrze poczułeś – odpowiedział Leśnik – w istocie ten łuk jest niezwykły, dostałem go kiedyś w darze….ale nie czas teraz na opowieści, idź poćwicz trochę, a przekonasz się wkrótce, jak bardzo ten łuk jest niezwykły.
I młody Frenn poświęcał całe dni na wyrabianiu krzepy.. a to rąbał drzewo na opał, a to wspinał się na drzewa, a to chodził na rękach…biegał do strumienia po wodę…najpierw z jednym wiadrem, potem z dwoma…i tak upłynął rok…Frenn urósł, nabrał krzepy tak, że mógł napiąć łuk bez żadnych problemów… i nadszedł dzień, w którym stary \leśnik oddał chłopcu swój łuk. Mówiąc\;
- ten łuk dostałem od Pani Srebrnookiej, Elfiej księżniczki, za uratowanie życia tu w tym lesie…- zamyślił się na chwilę – nie zawsze tu było tak bezpiecznie…ale nie pora o tym, daruję \ci ten łuk i pamiętaj, byś używał go mądrze, a będzie \ci dobrze służył…tak…dobrze…
- dziękuję\ Leśniku – odpowiedział szybko Frenn, i pobiegł do lasu wypróbować podarunek…
W ciszy letniego popołudnia, kiedy słońce odbijało się zielonym światłem wśród szeleszczących liści, młody Frenn założył strzałę na cięciwę…napiął mocno, aż poczuł na policzku łaskotanie piór lotek. Skoncentrował wzrok na celu…słomianej tarczy, powieszonej daleko, dużo dalej niż zwykle strzelał … poczuł jak on i cel stają się jednością, jedną linią po której pomknie strzała, poczuł jak wiatr porusza nadgarstki, jak las szepcze „trochę wyżej” , i ten ułamek sekundy, gdy świszcząc strzała poszybowała do celu…trafiając w sam środek tarczy…”to niemożliwe” szepnął Frenn .
- a jednak…usłyszał za sobą znajomy głos Leśnika, mówiłem \ci, że ten łuk jest niezwykły, i niezwykli ludzie wiedzą jak z niego korzystać, trafia bezbłędnie, musisz jedynie mu zaufać…
- wiem, czułem coś niezwykłego…jakby ktoś pomagał mi wycelować…
- to bardzo subtelne uczucie, i trzeba lat ćwiczeń by w pełni je opanować…ty jednak, jak widzę, chłopcze masz talent….tak ..olbrzymi talent…- zamyślił się ponownie Leśnik…

FrennW4

Frenn i Szrama... odczekali chwilę aż się zciemni, Pazur spał czujnym snem, wiedzieli, że tylko po zmierzchnu mogą dopaść bazyliszka, który zaczał terroryzować okolicę po tym jak zmienił byłego strażnika w kawałek skały...
Nic....nic się nie działo, słońce dawno zaszło, las spał ...wiatr ucichł... senność następowała, ciepła noc...wiatr ustał... powieki ciązyły....czemu?? czemu tuu jest tak ciepło? Otworzyć oczy... Nie zasnąć... Z lewej uwaga ! Fren instyktownie obrócił się w przeciwną stronę... otrząsnał się z letargu i otworzył oczy...tam gdzie zasnał stał bazyliszek....ale jaki.... ze dwa razy większy od dorosłych bazyliszków, skóre miał pomarańczowo-czerwoną jakby powleczoną płomieniem a gdzie stał trawa tliła się ....
- A cóż to jest? – zastanawiał się Frenn...poczuł znajome dotknięcie..to Pazur przycupnąl przy nim....nie wydawał żadnych dźwięków lecz było widać zę się niepokoi....Szrama gdzieś zniknął...
Bazyliszek rozglądał się wokół ... szukał czegoś lub kogoś.... odwrócił się po czym ryknął przeraźliwie... i w tym momencie Frenn wypuścił strzałę...miała dosięgnąć oka Baziliszka, lecz...spłonęła nim zdążyła go dotknąć...
- o żesz Ty ! – mruknął kompletnie zaskoczony Frenn...- Pies! Zrywamy się stąd w te pędy...tylko cichcem... bez hałasu... i obaj zniknęli w głuszy pozostawiając bazyliszka samego ... i jego ofiarę...

piątek, 13 lutego 2009

FrennW3


Zielone liście mokre od wilgoci, moczyły ubranie. Grobowa cisza panowała tu niepodzielnie. Stare zmurszałe kamienie dawały do zrozumienia, że jest to cmentarz... dawno zapomniany cmentarz. Szrama i frenn czuli, że dopuki nie zakłucają spokoju tego miejsca mogą cieszyć się życiem. Każdy krok wydawał głośny, mimo że obaj poruszali się nieomal bezszelestnie. Srebrny pazur podkulił ogon i spuścił łeb, ale dzielnie i cicho kroczył za przyjaciółmi. Dotarli do mauzoleum, wykutym w skale. W wejściu czaiło się zło. "To tu" - porozumieli się wzrokiem... Szrama bezgłośnie wyciągnął miecz, przekuty na nowo, ze srebrnymi inskrypcjami. Frenn wyciągnął strzałe, jedną z dziesięciu ostatnich srebrnych strzał. Ostrożnie weszli do środka. Srebrny pazur został na zewnątrz. W jaskini panował zupełny mrok i choć Frenn potrafił świetnie widzieć w mroku, to ta ciemność była inna, mąciła umysł, budziła strach. Frenn wyszeptał słowa krótkiej modlitwy, i spojrzał na Szramę.Ten wyprostował się i jakby zmężniał przez ułamek sekundy ale widać było, że nabrał odwagi. Po kilku minutach dotarli do Sali ... wśrod zupełnej ciszy słychać było miarowe kapanie wody, i o dziwo w Sali nie było ciemno, u stropu przebijało się światło, rozświetlając wnętrze mętym światłem. –poczekamy tutaj, wyszeptał ledwie słyszalnie Frenn – Szrama przytaknął głową i schował się za ogromny niczym kolumna stalagmit. Frenn znalazł zagłębienie w skale,

z której doskonale widział wylot korytarza. Obaj zastygli w oczekiwaniu, nie upłyneło pół godziny gdy gdzieś z głębi jaskini, jakby z podziemi, dobiegło potępiecznie wycie. Grymas bólu pojawił sie na twarzach przyjaciół lecz wytrwali, wytrwali bo wiedzieli że sa jedynymi mogącymi przeciwstawic sie temu ogromnemu złu. Po chwili ukazał się wampirzy-wilk. Wielki potwór, hyżo wyskoczył ze korytarza widącego do jego leża i szybciutko zmierzał do wyjścia. Gdy nagle Szrama zagrodził mu drogę... – Pamiętasz mnie?- krzyknał Szrama i ściągnąl z twarzy maskę – wilk zawył przeraźliwie, lecz Szrama stał niewzruszony – To twój koniec wilku – warknął przez zęby. Wilk w jednej chwili rzucił się na szramę, lecz w tym momencie zawył boleśnie, gdyż strzała Frenna ugodziła go między żebra, Wilk zaczął się miotać po calej jaskini wyjąc wsciekle. To srebro ze strzały zaczeło wypalać zło. Wilk widząc, że nic na to nie poradzi zwrócił sie przeciwko przyjaciołom. Skoczył ku Frennowi jako to jego strzała ugodziła go boleśnie, i już widział rozszrpane gardło tego śmiałka co się odważył go skrzywdzić, już wysyał jego duszę, gdy nagle przed oczami zajasniało oślepiająco białe światło. Wilk przeraził się – światlo raniło go bardziej niż strzała w boku. To ten drugi człowiek, to on miał ten świetlisty miecz, uciekać – myślal wilk uciekać...nie zdążył. Szrama błyskawicznie wykorzystał moment strachu wilka, i zamachnął się z całej siły, tak jakby cierpienia wszystkich pokrzywdzonych przez wilka dodały mu sił, miecz z furkotem ciął powietrze, i w tym momencie nie było żadnej tarczy i żadnej zbroi mogącej powstrzymać to ostrze, a na jego drodze była tylko głowa wilka. Wilk poczuł jak fala światła i gorąca rozrywa go od zewnątrz, jak uwiązione w jego wnętrzu dusze ulatują przez otwory zrobine przez światło, jak słabnie w każdej chwili, jak czas wypelnia jego wnętrzności, które rozpadają sie w pył nicości z takim bólem , jakiego nie czuł nigdy. Wiedział że to koniec ...dla niego bezwzględny koniec. Głowa wilka potoczyła się po skale. Frenn i Szrama zobaczyli jak ciała wilka na krótką chwilę coś zaświeciło jasnym blaskiem i jakby z ulgą rozpłynęlo się po jaskini. Reszta truchła zmieniła się w wielowiekowy pył, zostawiając na dnie jaskini ciemną plamę. Popatrzyli na siebie z radością dumą i szacunkiem – tak to koniec upiora

FrennW2




….hej ho hej….
...hej ho hej...

Śpiewaj tu dzis wraz z nami
Śpiewaj tę pieśn o Szramie
Co twarz przed światem chowa
O oto tej pieśni słowa..

..hej ho hej...

Gdy samotny las w mroku tonie
I uciekły gdzies strwożzone konie
Tam młody chłopiec sam pozostał
Od złego wilka szramę dostał..

Odtąd imię jego zapomniano,
A Szrama – okrutne zyskał miano,
Gdyż twarz szpetotą ogarnięta
Strach budziła niepojęty

Choć w chłopcu dobre serce płonie,
To każdy się go strasznie boi,
Więc Szrama zniknął w lesie,
By zabic wilka jak wies niesie

Polował zasię cale lata
Gdy nagle ktoś z innego świata
W tym samym lesie zapolował
I wtedy szrama go zratował

Tak wiec przyjaźń ich złączyła
Strasznego wilka w mig zniszczyła
I razem poszli szukać powrotnej drogi
By przyjaciela posłać w domowe progi

A przygód razem wiele mieli
I nowych wnet też przyjacieli
Sławiąch ich imona w świecie
Ale o tym to już wiece...

...hej ho hej...

I nalej nam tu piwa nalej
By słuchać pieśni dalej....

FrennW1

Nie wiadomo skąd, nie wiadomo jak, nie wiadomo też dlaczego, ale jedno jest pewne las się zmienił. Frenn czuł to, czuł w powietrzu, że coś jest nie tak, Srebrny Pazur podkulil ogon i patrzył wyczekujaco na Frenna. Frenn podszedl do drzwi swojego domku i ostrożnie je uchylił. Wyjrzał na zewntątrz i bardzo się zdumiał, no nie był jego las. Zupełnie inne drzewa, inne ptaki inna zieleń. Szybko wycofał się do pokoju, otworzył skrzynię i bardzo pieczolowicie przygotował się do wyjscia. Przetarł miecz, naciągnął cięciwę, posmarował twarz popiłem, na chwilę usiadł by pozwolić myślom poszukać ścieżki leśnego zwiadowcy. Zmierzchało już gdy gestem dał znać Pazurowi, „idziemy” . bezszelestnie wymknęli się z chatki i zniknęli w mroku. Frenn widział doskonale w mroku, a te godziny koncentracji wyostrzyły mu jeszcze pozostałe zmysły. Las nie był przyjazny wydawał się byc przerażony, drzewa jakby odsuwały się od Frenna nie dając mu schronienia, pomimo mroku czuł się widoczny, jakby świecił janym blaskiem. Jakby razem ze swoim wilkiem byli jedynymi odbrymi stworzeniami w tym morcznym, smutnym lesie...nagle lesną cisze przewrało przeciągłe wycie, dochodzące ze wszystkich stron, ziemia zadrżała w przerażeniu. Frenn wiedział co tak wyje, myslał jednak, że to stworzenie jest mroczną legendą dawnych czasów, lecz teraz ta legenda ożyła i stała już przed nim wpatrując się płonącymi czerwienią ślepiami. To był wilk-wampir potrafiący swym wyciem sparaliżować w przerażeniku prawie każdego. Frenn wiedział, że zwykła stal nie zrobi żadnej krzywdy temu wilkowi, nawet ostre kły Pazura byly bezsilne wobec splugawionej przez zło skóry tego stworzenia.
Wszyscy stali bez ruchu, Wilk- wampir zaczął warczeć i widocznie chciał zawyć, lecz Frenn uprzedził go, mrok rozświetliła srebrna strzała mknąc w kierunku bestii, Wilk w teej chwili zawył ..ale był to skowyt bólu, jakiego to stworzenie nie czuło nawet za życia, srbrna strzała ugodziła go mocno lecz nie zabiła, wilk skowycząc uciekł w las...
„przestraszyliśmy go mój piesku ale to nie koniec...nie koniec”, wracając do domu spostrzegł, że las przestal się go bać, wciąż był wylekniony ale drzewa szumiały spokojniej, a nocne zwierzeta wychdziły z kryjówek, by przyjrzeć się temu, który przeciwstawił sie terrorwi Wilka ... to byla pierwsza noc ...

czwartek, 12 lutego 2009

Frenn 10


Na dworze deszcz chciał rozpuścić świat w niesamowitej ilości wody. Drzewa szumiały niezadowolone, moknąc i marznąc już od trzech dni. Trakty ścieżki zmieniły się w błotniste potoki uniemożliwiając podróże. Wszyscy, którzy chcieli dokądś dotrzeć stłoczeni siedzieli w przydrożnych tawernach i oberżach, ku uciesze właścicieli owych przybytków. W jednej z nich, całkiem niedużej, zebrało się wielu podróżnych, z braku miejsc część spała na głównej izbie. Był tłoko tłoczno i duszno często dochodziło do awantur, dzieci płakały lub krzyczały, jednym słowem wszyscy mieli dość. W słabo oświetlonym kącie siedziała zakapturzona postać obserwując salę. Nikt nie zwracał na nią uwagi. Nagle wśród tłumu rozległ się dźwięk instrumentu, delikatny i łagodny tak, że po chwili wszyscy umilkli…słychać było piękną i smutną melodię, która przypominała każdemu, kim jest i pozwoliła zapomnieć o niewygodach. Gdy już cała iyba umilkła a dzieci uspokoiły płacze. Z kąta gdzie siedział dziwny zakapturzony człowiek, rozległa się pieśń. Smutna pieśń niespełnionej miłości, walki dobrego ze złym, o lasach ruinach, złowieszczych przepowiedniach.. Pieśń o uczuciach gorących tak, że łzy słuchaczom same cisnęły się do oczu… nikt, ale to nikt nie odzywał się do końca pieśni… a kiedy pieśń dobiegła końca wszyscy zebrani bez zbędnych słów położyli się spać z uczuciem, że powinni stać się lepszymi dla swoich bliskich, krewnych a także dla sąsiada z posłania, obok, który trochę chrapał ale cóż tam…

środa, 11 lutego 2009

Frenn 9




Pierwsze promienie słońca połaskotały twarz Zahni, chcąc przewrócić się na bok by jeszcze trochę się zdrzemnąć uświadomiła sobie, że nie może się ruszyć. Próbowała wstać, nic z tego. Jedynie, co mogła zrobić to otworzyć oczy, lecz i tak niewiele widziała, gdyż wstające słońce oślepiało ją zupełnie. Powoli przypominała sobie wczorajsze wydarzenia. Gdy niespodziewanie cień zasłonił jej twarz.
- kim jesteś? – zapytał cień – głos miał łagodny lecz stanowczy, a przy tym trochę smutny… nie odpowiedziała. Nie będzie rozmawiać z brutalami, którzy napadają na samotne księżniczki, nawet wtedy, gdy przeistaczają się w złodziejaszki…
- pytam jeszcze raz ..kim jesteś? – tym razem głos miał o wiele więcej stanowczości niż poprzednio… ale wciąż w nim była ta łagodność, która docierała w najbardziej ukryte miejsca w sercu Zahni… nie to nie może być bandyta…na pewno nie…
- na imię mam Zahni…księżniczka Zahni, córka króla Urthalaru...
- jestem Frennay – syn Qurrandy sprzątaczki z Alaghmaru …dodał dystyngowanie Frenn – powiedz czemu trujesz bydło smoka?
- ja ? – zaskoczenie na twarzy Zahni było prawdziwe – jako to trujesz? przecież właśnie je chciałam uleczyć, a ty mi w tym skutecznie przeszkodziłeś Frennay’u.
- uleczyć tym? – i Frennay wyciągnął fiolkę z dziwnym płynem.
- no tak – odpowiedziała księżniczka – lecz w jej głosie pojawiła się niepewność – kolor cieczy w świetle dziennym wyglądał paskudnie, zupełnie inaczej niż wczoraj wieczorem gdy otrzymała tę fiolkę od tego druida…o ile to był druid - dał mi ją pewnien druid… - dodała i po namyśle dorzuciła – tak sądzę, że to był druid…chyba… miał taką zabawną szatę i jelenie rogi przy kapturze i takie dziwne stworzenie na ramieniu, rochę jak nietoperz, trochę jak mały smok…i …bliznę po oparzeniu na prawej ręce ..i..
-słucham? – ostatnia informacja zelektryzowała Fernna – miał bliznę na prawym przedramieniu?
-tak ! – aż mnie zemdliło….
- więc Suin von Perti powrócił…-Frenn już nie słuchał co mówiła Zahni, usiadł ciężko i zamyślił się… - von Perti powrócił …

wtorek, 10 lutego 2009

Ciemniejący 7 (wierszyk) i Frenn 8




Frennay Astorio dla przyjaciół po prostu Frenn czasem też Frenio - tak mówiła na niego siostra Quara – ale bardzo tego nie lubił. Frenn – Leśnik –tak mawiają o nim ludzie czasem też Frenn i jego wilk a niektórzy Frenn Srebrny Pazur – nie wiedząc, że to imię jego towarzysza.

Frenn stanął na krawędzi białej skały, która po bliższym przyjrzeniu odcinała się od reszty sąsiednich skał innym odcieniem. Rozejrzał się po okolicy, świat układał się do snu. Ośnieżone szczyty gór czerwieniły się ostatnimi promieniami słońca, lekki wiatr wdmuchiwał w dolinę chłodne powietrze, które pachniało zimą. Frenn wciągnął powietrze jakby je smakował, po czym zaczął recytować tekst, o którym do niedawna myślał, że jest tylko dziecięcą wyliczanką

Nic o lesie, nic o wodzie
Nic o krwi w spękanym lodzie.
Nie ma dnia, nie ma nocy
Nie ma serca w mroźnej mocy.

Biały król, biały ból
Biały całun zimnej śmierci…
Oto on, oto Pan
Oto Smok Północnej Części…

Nagle ku jego zdumieniu biała skała odsunęła się ukazując całkiem spore wejście do jaskini. Z jej wnętrza powiało mrozem. Wewnątrz panował niebieski półmrok. Gdzieś w środku musiała być otwarta przestrzeń tak, że dzienne światło wpadało do wnętrza i odbijając się od pokrytych lodem skał i stalaktytów, krążyło po jaskini delikatnie rozświetlając jej wnętrze niebieskim światłem. Teraz jednak panował półmrok, ponieważ lód słabo odbijał wieczorne czerwone światło. Frenn wszedł do jaskini. Zamknął oczy, skoncentrował się, by wyćwiczony wzrok przywykł do powoli zapadającej ciemności. Koncentrował myśli na swoim wzroku, czuł jak pod powiekami dociera do niego coraz jaśniejsze światło. Potrafił tak robić od jakiegoś czasu i czuł, że ta zdolność ma jakiś związek z jego Boskim opiekunem. Kiedy otworzył oczy, jaskinia tonęła już w całkowitym mroku, Freennay widział wszystko jakby był wczesny wieczór w pochmurny dzień. Ruszył w głąb jaskini. Mijał sale mniejsze i większe, zimno otaczało go z wszystkich stron. Po jakimś czasie Frenn znalazł się na wolnym powietrzu tak jakby ktoś celowo dawno dawno temu zawalił strop. Tuż za tą swoistą przesieką znajdowało się leże smoka. Białe smoki, choć mniejsze od swoich czerwonych lub czarnych braci, były nie mniej złośliwe i chętne do zadawania cierpienia, stąd na ogół cieszyły się złą reputacją. Ten smok o imieniu Azudantiequagh kazał nazywać się Azudanem. Jak na swą rasę był duży i nie tak złośliwy jak jego biali pobratymcy. Cenił sobie ciszę, pełny brzuch i komnatę skarbów, do której był mocno przywiązany. Znał Frenna, miał dla niego szacunek, jaki może mieć smok do małej istoty.
- co sprowadza Frennay’a Asturio w moje skromne progi – zagrzmiał w głowie smok
- biały królu Azudanie – zaczął odpowiednią etykietą Frenn – na Twoich terenach zagnieździła się spora gromada Trolli, która terroryzuje okolice wyganiając zwierzynę i ludzi z ich siedzib…
- tak wiem – odpowiedział nonszalancko smok – sam ich tu sprowadziłem, to moi nowi słudzy, nie muszę Ci mówić, po co ich sprowadziłem, ale… wiem, że jesteś tu nie po moje skarby i nie raz udowodniłeś, że każde życie jest dla ciebie ważne, wobec powyższego wyjaśnię Ci, dlaczego sprowadziłem tutaj trolle. Otóż moje zapasy żywności są na wyczerpaniu. Sam nie wiem, czemu ale moje bydło zaatakowała jakaś zagadkowa zaraza. Próbowałem to powstrzymać niestety to choroba dziesiątkuje moje stado. Dlatego sprowadziłem Trolle by powiększyły moje stado. A jak one to zrobią nie interesuje mnie to wcale człowieku.
- może pozwolisz mi obejrzeć Twoje stado? – rzekł Fren –trochę się znam na zwierzętach…
- cóż nie zaszkodzi, żebyś spojrzał, ale nie gwarantuję Ci niczego – warknęło smoczysko
Frenn skierowany przez smoka dotarł do miejsca, w którym pasły się krowy, owce i inne zwierzęta, które mogły stać się posiłkiem. Stada pilnował troll, który ujrzawszy Frenna sięgnął po pałkę i ruszył w jego kierunku. Frenn przystanął z ręką na rękojeści miecza, wiedział, że smok przekaże mentalną wiadomość Trollowi, ale ze smokami różnie bywa, może chciał się zabawić jego kosztem? Nagle troll przystanął jakby trafiony niewidzialną strzałą, opuścił pałkę, podrapał się po głowie, smarknął i nieufnie patrząc na Frenna odszedł w kierunku stada.

Krowa lękliwie przekazała mu obraz obawy przed śmiercią, i jeszcze coś… w umyśle Frenna pojawił się obraz polany z źródłem i ciemną postać, która dolewa coś do źródełka, potem obraz się rozwiał zastępując go obawami o życie i chęcią przeżuwania tej słodkiej kępki, która właśnie zauważyła. Frenn wycofał się z umysłu krowy…

….Zapadł zmrok, wszyscy zapomnieli o Frennie, nawet krowy. Wtopiony w krajobraz czekał… czekał na ciemną złowieszczą postać, która swoimi czynami zakłócała spokój Północnego Lasu. Komu mogło zależeć na zniszczeniu delikatnej równowagi pomiędzy dobrem, a złem, kto chciał zmusić smoka do opuszczenia kryjówki i pogrążeniu krainy w chaosie? – cóż zobaczymy – pomyślał tropiciel i mocniej wtopił się w cień.

Niebo rozświetlone księżycem dawało wystarczające światło…w jej świetle zobaczył zakapturzoną postać zbliżającą się do źródła. Bezszelestnie zeskoczył z drzewa, podkradł się tuż za nią i obezwładnił jednym ciosem. Postać osunęła się wprost w jego ramiona, Trochę zaskoczony takim obrotem sprawy, pochwycił bezwładne ciało i ułożył miękko na trawie. Odchylił kaptur i w jednej chwili zbladł… pod kapturem ujrzał twarz pięknej dziewczyny… o włosach czarnych jak noc, a ustach takich, że można zapomnieć o całym świecie… Frenn otrząsnął się.. Przeszukał leżącą dziewczynę, (a zrobił to bardzo delikatnie, choć jeszcze wieczorem wcale nie zamierzał być delikatny) i znalazł dwie fiolki dziwnych płynów. Otworzył jedną z nich, powąchał … wywar z mleczojagody, wypicie go dawało możliwość widzenia w ciemnościach ludziom o niewyostrznym wzroku. Druga fiolka nie dała się otworzyć, widocznie zamknięto ją w sposób magiczny.
Frenn schował fiolkę, skrępował leżącą pannę i znów zaczął czekać, czekać aż się obudzi. Tyle nowych pytań kłębiło się w duszy tropiciela…

Ciemniejący 6


Jesienny liść zawirował na wietrze, oderwał się od gałązki i odleciał.. niesiony podmuchem wiatru, to opadał to wyskakiwał w górę, by w końcu opaść na gładką taflę leśnego stawu. Wszechogarniająca cisza objęła cały las, który zastygł w oczekiwaniu na pierwsze płatki śniegu. Niektóre zwierzęta już rozpoczęły zimowy sen, a te nieliczne, które nie zasypiały poruszały się ociężale jakby ich zimowe futro było za ciężkie. Leśnik wstał dziś bardzo wcześnie, szybko wskoczył w ubranie, napił się ciepłych ziół, chwycił za koszyk i mrugnął do wilka – no chodź, idziemy … wilk pomerdał ogonem i szczeknął radośnie – dziś poszukamy grzybów, nie potworów – dodał Leśnik i wyszli w ciszę poranka. Las przywitał ich przenikliwą wilgocią i pierwszymi promieniami słońca, które odbijały się delikatnie od mokrych kapeluszy grzybów. Leśnik doskonale orientował się, w których miejscach rosną najlepsze okazy, także koszyk zapełnił się szybko. Wilk ze swoim doskonałym węchem tropił grzyby nie mniej zajadle jak największych wrogów. Do południa mieli pełny koszyk przeróżnych grzybków, słońce przygrzewało ślicznie, a dobry humor dopisywał dwójce przyjaciół. Wracając do domu śmiali się na myśl o spotkanych przy grzybobraniu innych grzybiarzy, którzy ze zdumienia otwierali oczy, widząc efekty ˝ łowów ˝ tej dwójki. I jak z niebywałym zapałem ruszali w gąszcz do miejsc, które wskazał im Leśnik. Znał tamtych ludzi i wiedział, że szanują las tak jak on toteż był spokojny o przyszłoroczne zbiory. Po powrocie Leśnik z niebywałą troską nawlekł grzyby na nici i powiesił nad piecem, a po kilku godzinach w kuchni unosił się pyszny aromat leśnych specjałów.

Ciemniejący 5



Strome zielone wzgórze, na którym przycupnęło miasteczko. Z domkami jak w bajce. Małe białe ściany z dachówkami w kolorze czerwieni, odcinały się wszechogarniającej zieleni traw krzewów. Na szczycie stały ruiny zameczku, który dawno zapomniał o swej świetności. Z ruin tych rozciągał się przepiękny widok na okolice, lecz tym razem jego spokój zakłócała niezmierzona szarość wrogiej armii, zbliżającej się do miasta. Miasta, którego nikt nie potrafił obronić. Mieszkańcy nie wiedzieli, co począć, na ucieczkę było za późno, łzy bezsilnej wściekłości pojawiały się na twarzach. Każdy układał czarną wizję końca miasta, gdy nie wiadomo skąd przybyło czterech towarzyszy. Może byli już w mieście wcześniej, może nie, zjawili się nieoczekiwanie i równie nieoczekiwanie zajęli się organizowaniem obrony. Ustawiali pułapki, punkty obrony, w których to oni mimo przeważających sił, mieliby przewagę. Zmniejszali trwogę tych ludzi, w których wstąpił nowy duch, duch obrony tego, co kochali. Gdy wszystko było gotowe, jeden z czterech wyszedł za bramy porozmawiać z wodzem wrażej armii, znał go. Kiedyś był jego przyjacielem. Stali teraz naprzeciw siebie, nie mówiąc nic, wiatr rozwiewał im włosy, a płaszcze trzepotały wokół nóg.
- bądź naszym gościem – rzekł Czwarty, syn Lasu zwany Leśnikiem lub Panem Srebrnego Pazura – zapraszamy w nasze skromne progi
- próżny Twój trud przyjacielu, zaraz tam będę ze swoimi ludźmi i nic mnie powstrzyma- odparł czarno odziany mężczyzna – zaśmiewając się – wszyscy jesteście zgubieni.
Leśnik ledwo wskoczył za mury, gdy za czarnym wpadła wrzeszcząca banda małych ludków, wyglądali jak mała hałaśliwa szarańcza – niszczyli wszystko na swojej drodze. Leśnik przeskakiwał z poziomu na poziom wyprzedzając wrogów, szybkimi skokami dotarł do platformy uzbrojonej w kilka muszkietów, kusz i dwa łuki. Celna salwa powaliła kilku czerwono odzianych piratów, zmierzających w kierunku ruin zamku. Lecz jeden z atakujących odwrócił się i wystrzelił z łuku. Strzała minęła Leśnika o milimetry. Leśnik napiął swój łuk. Lotka strzały musnęła policzek i poszybowała, w kierunku napastnika…i chybiła, a może to on jakimś cudem uniknął trafienia. Rzucił się na Leśnika wyciągając mały toporek do rzucania. Tropiciel odskoczył, pozostawiając łuk, chwycił swój nóż myśliwski, szybkim ruchem ręki posłał go w kierunku atakującego, z tej odległości nie mógł chybić, Indiano podobny wrzasnął w bólu, a z rozciętego ramienia rozlewała się krew. I to koniec , koniec snu.

poniedziałek, 9 lutego 2009

Ciemniejący 4


Zły, niesamowicie wściekły biały tygrys przemierzał knieję. Od chwili gdy biały wilk zwany przez tego strasznego człowieka Srebrym Pazurem odnalazł jego trop, nie miał chwili spokoju. A miało być tak pięknie. On Pan lasu północnego chciał przypieczętować swą władzę nieśmiertelnością – jego sługa czarodziej Sójka (dziwne imię jak na człowieka) odnalazł w starych manuskryptach rytuał mrocznego króla, który poświęcając życie swoich synów stał się nieśmiertelny. On Biały Tygrys potrzebował ludzkie dzieci do swojego rytuału, dwanaścioro dzieci. Miał już jedenaście w swojej jaskini, ale nie mógł znaleźć ostatniego. Wszystkie okoliczne wioski podniosły alarm i trudno było o samotne dziecko w lesie, a na domiar złego ten Leśnik ze swoim wilkiem już od dwóch dni deptali mu po piętach. Jak bardzo był zły. ˝ Muszę ich zgubić ˝ myślał Tygrys ˝ najlepiej w Wąwozie Straconych Dusz - tak to odpowiednie miejsce ˝. Ryk radości rozniósł się po lesie. Usłyszeli go również przyjaciele. Wilk popatrzył na Leśnika
- zdaje się, że chce nas zwabić do wąwozu straconych dusz. – odpowiedział Leśnik – nie możemy mu pozwolić uciec Pazurze – dalej za nim odgoń go od tego przeklętego wąwozu. Wilk zawył przeciągle i natychmiast ruszył w las. Leśnik zmienił kierunek i po pół godzinie marszu znalazł się na smutnej polanie – niedaleko wejścia do upiornego wąwozu. Polana była rzeczywiście smutna. Rosły na niej tylko chwasty wysokie do pasa, a pośrodku stał wysoki pień ogromnego dębu. Kiedyś to była polana Druidów, ale dawno i nikt nie pamięta co było przyczyną tej strasznej tragedii, która tu miała miejsce. Tymczasem Leśnik znalazł się wewnątrz wypalonego pnia i czekał …czekał na Tygrysa.
Biały Tygrys - Pan Północnego Lasu czuł się zagubiony. Nie wiedział czy ściga go jeden wilk czy cała sfora. Wilcze wycie dobiegało go z różnych stron lasu niejednokrotnie przed oczami migała mu jasna sylwetka wilka. Co chwilę zmieniał kierunek, żeby zgubić to paskudne zwierze ale już po chwili słyszał wycie dobiegające z przodu a nie z tyłu i znów zmuszony został do zmiany swojej ścieżki. Na szczęście nieuchronnie zbliżał się do wąwozu ˝ jeszcze trochę, jeszcze chwila a obaj zawyjecie z bólu i przerażenia ˝, co prawda chciał dostać się do jaru od południa, ale od strony smutnej doliny też będzie dobrze, przyspieszył kroku i ryknął władczo tygrysim rykiem ˝ to ja będę tutaj panem ˝. wbiegł szybciutko na smutną polanę i ryknął przeraźliwie z bólu. Strzała z zieloną lotką sterczała z boku. Tygrys stanął osłupiały ˝ skąd ta strzała? ˝. wtem poczuł jak druga strzała przeszywa ma bok. Odskoczył przed trzecią strzałą, która zbliżała się od strony wypalonego pnia ˝ to pułapka ˝ przemknęło mu przez myśl, ale już było za późno. Z gęstwiny wyskoczył na niego srebrny pazur wbijając kły w kark, a od strony pnia posyłał się grad strzał godzących z precyzją każdy członek jego królewskiego ciała. Tygrys starał się uwolnić i umknąć w stronę wąwozu, lecz był coraz słabszy, świadomość uciekała od bólu, w stronę snów o potędze w stronę ciemnego spokoju, tylko skąd niepokój, że tam nie ma spokoju jest tylko ból ból niespełnionych nadziei.
Nad ciałem tygrysa stał Tropiciel i jego towarzysz. – chodźmy szybko musimy odnaleźć dzieci, mamy bardzo mało czasu, a do Północnego Lasu jeszcze kawał drogi. Nie minęła chwila gdy smutna dolina opustoszała. Nad zakrwawionym ciałem tygrysa unosił się beznamiętnie księżyc… zapowiadała się piękna noc.

Ciemniejący 2 i 3


Głęboki las tonął w szarej ciemności. Pozostawiony bez czasu do namysłu przed trzema zielonymi potworami. Rzucił się do ucieczki. Nie spodziewał się, że goniący go bazyliszek będzie taki szybki. Nie było czasu by go zmylić. Zdążył jedynie wyciągnąć broń… i odskoczyć przed śmiertelnym wzrokiem bazyliszka. Przezornie zamknął oczy, gdy je ponownie otworzył, bazyliszek leżał martwy, a wokół niego kręciły się bure wilki, a wśród nich - jeden srebrny. I to on spojrzał łagodnie na myśliwego. Ich spojrzenia spotkały się, i nić wzajemnej sympatii między wilkiem a tropicielem nawiązała się. Bez słowa wilk podszedł do Tropiciela stanął przy nodze i tak już pozostał. Po dziś dzień tropiciel nie wie czy to był przypadek, czy tak miało być, ale nie wyobraża sobie życia bez Srebrnego Pazura.
Srebrny pazur – wilk, który tańczył z cieniami. Najbliższy zwierzęcy przyjaciel, o jakim każdy człowiek może marzyć. Jego srebrzysta sierść w świetle księżyca sprawiała, iż bardziej wyglądał jak widmo niż stworzenie z krwi i kości. Szybkość, z jaką się poruszał przyprawiała o zawrót głowy. Gdy wróg zobaczył tylko srebrną kulę mógł się już żegnać z żywotem. Potrafił wywąchać dobro i zło, a wzrokiem nakłaniał nawet największych łgarzy do mówienia prawdy, a gdy wzrok nie pomagał wystarczyło, że pokazał kły.

piątek, 6 lutego 2009

Ciemniejący


Ciemniejący las tulił się do snu. Ptaki kończyły wieczorne koncerty a zwierzęta udawały się do swoich legowisk. W lesie zapanowała cisza. Leśnik znał ją i lubił. Wiedział, że za kilka chwil odezwą się nocni mieszkańcy lasu. Sowy, borsuki czy jeże… tak jeże też. Zasypiając myślał
o jeżach, które zamieszkały pod schodami jego leśniczówki. Słyszał jak krzątały się do wyjścia
w noc… ciemną leśną noc. Tak ciemną jak dzisiejszy sen, szary i bezbarwny, niespokojny…
Nagle obudził go pisk. Ledwie słyszalny, ale wyraźny. Leśnik szybko wyskoczył z łóżka, ubrał się, przypiął miecz chwycił łuk i zgasił światło. Po chwili, gdy oczy przyzwyczaiły się do ciemności –wyszedł w las i wtopił się w mrok. Czuł, że las jest niespokojny, jakby zamarł. To nie był zwykły krzyk nocnej ofiary to było coś więcej, coś co nie tylko pożerało ciało ale i duszę. Po kilku minutach Leśnik znalazł się na niewielkiej polanie gdzie znalazł martwego jelonka. A właściwe to co z niego zostało – skóra i kości jakby całe wnętrze zostało wyssane. Pająk upiór – pomyślał leśnik – tylko jego tu brakowało. Ruszył słabym tropem pająka w kierunku Złego lasu. Musiał go odszukać i zabić gdyż pająk szybko sterroryzuje okolicę, zabijając ofiary i więżąc ich dusze w swoim plugawym wnętrzu. Wiedział też , że zwykła broń będzie nieskuteczna, dlatego wychodząc z domu wziął zapas strzał ze srebrnym grotem, którego nie mogły znieść wszystkie nieumarłe stworzenia. Wkrótce leśnik natrafił na pajęcze leże, mała wnęka pomiędzy skałami aż trudno uwierzyć, że coś się mogło tam przecisnąć, ale trop był wyraźny – to tu. Leśnik wdrapał się na pobliskie drzewo i rozpoczął obserwację. Powoli świtało i nic nie wskazywało, że pająk wyjdzie jeszcze tej nocy, zwłaszcza że polowanie się udało. Świat szarzał na wschodzie robiło się chłodno, a znużone oczy potrzebowały snu, zimno przenikało przez ubranie rozchodząc się nieprzyjaznym lodem po całym ciele. Dziwne, choć było lato ten chłód był o wiele zimniejszy niż zwykle, jakieś grobowe zimno …grobowe?? Ta myśl orzeźwiła Leśnika, to on!! Wychodzi zdumiewające teraz? O świcie? I rzeczywiście w szczelinie zaczęło się coś poruszać. Najpierw pokazały się pierwsze odnóża, za nimi zza skał Leśnik ujrzał głowę pająka kiedyś rozłupaną mieczem teraz prześwitującą w tym miejscu niezdrowym zielonym blaskiem. Odwłok również nosił na sobie efekty ostatniej za życia walki. A pocięte tylne nogi – prawie ich nie było. Natomiast pająk poruszał się jakby był w pełni sił, nie kulał nie powłóczył nogami. Był w świetnej formie – nie licząc tego że nie żył. I choć Leśnik nie raz widział pająka upiora – to ten zrobił na nim wrażenie. Jeszcze takiego nie widział wcześniej. Po prostu był ogromny.
Powoli wciągnął srebrną strzałę, przyłożył lotkę do policzka. Wycelował... Cięciwa delikatnie zagrała. Strzała świsnęła. Poranną leśną ciszą wstrząsnął ryk zranionego zła. Pobliskie ptaki
w wrzaskiem i piskiem wzleciały w niebo, wraz z drugim rykiem płocha zwierzyna była już daleko od źródła hałasu. A w jego centrum był ogromny pająk i Leśnik – strzelający bez przerwy w stwora, który wił się ze strasznego bólu srebrnych igieł przenikających jego jestestwo nieposkromionym ogniem. Palącym jego niezniszczalność, niszczącym obietnice nieśmiertelności …. Jeszcze dwie strzały wbiły się w ciało pająka paląc go żywym ogniem….jeszcze dwie strzały zostały w kołczanie a bestia ciągle żyje … co to jest? Myślał leśnik. Kto stworzył tego potwora? I dlaczego? Odpowiedzi poszuka później- teraz musi dokończyć dzieła zniszczenia. Wyciągnął miecz, i miękko zeskoczył na ziemię sam przypominał cień – gdy bezszelestnie poruszał się w kierunku pająka. Srebrna klinga zatańczyła przed oczyma pająka. Ten ów nie pojmował co się dzieje. Do jego świadomości docierało oślepiające światło tańczące przed nim. Światło było bólem – światło zadawło ból jeszcze większy niż te małe przeklęte igły w jego ciele. Uciec do pieczary uciec do mroku szybko, szybko… Leśnik sprawnie zadawał rany pozbawionemu wszelkiej woli do walki pająkowi. Widział, iż bestia pragnie uciec do swojego leża – nie mógł na to pozwolić. Szybko przegonił pająka schylił się i w momencie był pod jego podbrzuszem, tam wyszukał miejsce gdzie splatają się dwa światy: żywy i umarły gdzie więzione dusze napędzają poczwarę w swoim nieskończonym cierpieniu, i w to miejsce zatopił swój miecz. Huk implozji wstrząsnął okolicą. Leśnik zdążył odskoczyć, lecz padł ogłuszony dźwiękiem i falą zasysanego powietrza. Pająk zwinął się w spazmatycznym szale i znikł z tego świata pogrążając się w otchłani niebytu. Uwolnione dusze przez moment przyglądały się leżącemu Leśnikowi, po czym każda z uczuciem ulgi podążyła swoją drogą do zbawienia.