Deszcz padał bez przerwy trzeci dzień, skutecznie torpedując plany dalszej podróży. Frenn i Szrama siedzieli wciąż w tej dziwnej oberży, gdzie nie było prawie nikogo, oprócz paru ciągle zawianych bywalców i wylęknionego oberżysty. Po trzecim dniu Szrama nie wytrzymał i zaczął wypytywać pijaczków, o co tu chodzi…pomimo, że byli pijani, nie bardzo chcieli mówić, a ich twarze wykrzywiał źle ukrywany strach…
- wygląda na to, że mamy tu coś do zrobienia – zaczął Szrama przysiadając się do samotnie sączącego cienkie piwo Frenna
- to wiem odkąd woźny otworzył bramę – odpowiedział Frenn- ale czy wiesz coś więcej?
- niewiele – ale zacznę od początku…te ruiny, które mijaliśmy ostatnio, tam gdzie ziemia wypalona jest, kiedyś był klasztor. Ale coś się stało, ludzie nie chcą mówić ..boją się…jednak zło po tym występku zawładnęło klasztorem i rozpełzło się po okolicy…Ludzie zostali tu, gdyż uważają iż nie ma stąd ucieczki…
- i słusznie uważają –dodał Frenn- ślady na to wskazują, że było wiele nieudanych prób wydostania się z miasteczka…
- właśnie, są przerażeni – a jednocześnie jakoś przerażający…nie wiem, ale coś tu nie gra i to bardzo…
- tak ciekawa sprawa, ale myślę, że od nich samych wiele tu zależy…póki pada deszcz możemy przyjrzeć się temu bliżej, może znajdzie się ktoś kto rzeczywiście potrzebuje naszej pomocy..
- masz rację – dodał Szrama i skończył swój kufelek – ale piwo mają tu wstrętne, pewnie warzą sami , ze starych skarpetek
- panowie długo zamierzają zostać? – spytał przerażony karczmarz
- do końca tygodnia – odparł szybko Frenn – Karczmarzu co tu się dzieje – dodał po chwili wbijając swe szare oczy w oberżystę, ten chciał odwrócić szybko wzrok, ale nie zdążył, czuł że musi powiedzieć, że łzy nabiegają mu do oczu, że będzie dla niego Lepiej jeśli te \szare oczy ujrzą prawdę
- to był wypadek- zaczął szybko, jakby złapany na gorącym uczynku- chociaż nie…to nie był wypadek…zaczęło się od momentu kiedy na okolicę spadła susza, lato było gorące i wiele studni wyschło, a plon był marny…Ludzie nie mieli pieniędzy….i głód zajrzał nam w twarz…i wtedy pojawił się brat Loccutus.. wmówił nam, że przez nasze lenistwo i niedbalstwo zasłużyliśmy na karę…lecz on wybłaga o łaskę dla nas…lecz że to wymaga ofiary…bracia z klasztoru mówili nam że to szarlatan… ale on tak pięknie mówił o pełnych spichlerzach, o wesołych dzieciach, o dobrobycie…za wysoką aczkolwiek uczciwą cenę…życie dziewczyny…poświęconej na ołtarzu za nasze grzechy…za jej również przyszłe…tak na mówił, a my uwierzyliśmy mu…nie chcieliśmy słuchać naszych braci, zwłaszcza, że Loccutus podszeptami buntował nas przeciwko nim…twierdząc że w spichlerzach jest mnóstwo ziarna, zagrabionych przez mnichów sknerów, że oni śmieją się z naszego cierpienia sami opływając w dostatki…i nas zgnębianych przez głód i suszę łatwo było pokierować przeciw nim…i wygnaliśmy ich…nie, nie zabijaliśmy wtedy nikogo…daliśmy om do zrozumienia, że nie są nam potrzebni … i odeszli…no …niezupełnie…. Wyrzuciliśmy ich siłą, ale nikogo nie zabiliśmy- dodał karczmarz bardzo szybko, po czym wylęknionym wzrokiem obejrzał się wokół siebie, upewniwszy się że nikt nie patrzy w ich kierunku, kontynuował opowieść…
Po wyrzuceniu mnichów Loccutus zajął klasztor, lecz spichlerzy nie otworzył, twierdząc że mnisi założyli na zamki jakieś piekielnie magiczne zabezpieczenia, i że bez ofiary nie można ich otworzyć… mówił, że bogowie zaczynają się niecierpliwić i że wkrótce ześlą kolejną plagę za nasze niegodziwości , cóż przyszło nam wybrać ofiarę…los chciał, że zgłosiła się jedna dziewczyna, niezbyt rozgarnięta, chciała poświęcić się dla wszystkich…kamień spadł nam z serca, lecz radość nie trwała długo…Loccutus, powiedział że bogowie wybrali ofiarę, a miała nią być Laura – śliczna córka burmistrza. Dziewczyna o przecudnej urodzie i złotym sercu. Smutek padł na rodziców, na całą społeczność, ale Laura dzielnie znosiła brzemię…była również gotowa poświęcić swe życie za nas wszystkich…w dzień ceremonii Loccutus zebrał wszystkich w klasztorze, i poprowadził uroczyście ceremonię, lecz nie ofiarował Laury na naszych oczach, odurzył ją tylko, i powiedział że powinniśmy pójść do domu, gdyż najważniejsza część musi pozostać między kapłanem a bóstwem…tak …tak powiedział…i poszliśmy do domów…z wyjątkiem małego Luka…on zawsze podgląda...cokolwiek ciekawego się dzieje...mały Luka wścibia swój nos….wtedy również…lecz ku przerażeniu wszystkich wpadł na plac i rozedrganym głosem powiedział, że Loccutus robi coś złego Laurze…wiemy odpowiedzieliśmy mu współczująco…jednak Luka że to są zupełnie inne rzeczy…w zdumieniu słuchaliśmy co opowiada Luka a gniew wzrastał w naszych sercach….chwyciliśmy co było pod ręką i popędziliśmy do klasztoru, i rzeczywiście Luka nie mylił się Loccutus hańbił Laurę a raczej bezcześcił …nasz gniew przerodził się w furię dopadliśmy Loccutusa i przygotowaliśmy dla niego pal tuż pod ołtarzem…gdy wbijaliśmy go on się śmiał i krzyczał że wszyscy jesteśmy jego na naszych rękach jest niewinna krew Laury a teraz tylko go uwalniamy….myśleliśmy że do reszty oszalał i majaczy bez sensu….jednak w momencie gdy miał wyzionąć ducha…wyzionął …demona, który z potępieńczym śmiechem Loccusa rzucił się na nas z okrzykiem wolny wreszcie wolny niewinna krew spłynęła drżyjcie słudzy moi…ziemia się pod nim rozstąpiła i zniknął… zniknęło też ciało Laury i kilku mieszkańców którzy stali w miejscu szczeliny…od tego czasu nie opuszczamy miasteczka…lecz on przychodzi i zabiera po kolei każdego z nas…a tych co próbują się wydostać…ścigają demoniczne potwory…jak narzazie skutecznie… gdyż przywlekają pod bramy zwłoki…lub to co z nich zostało…nie pożarte…
Zakończył gospodarz i zapłakał…
Szrama milczał…Frenn patrzył w dal …długo …wreszcie wyszeptał Loccutus, znam go to czyste zło, to on mnie tu przywlókł .. to on zabrał mi mój dom…mój las...moją…
Nie dokończył…więc tu przyjdzie się mi z nim zmierzyć….a więc dobrze…niech tak będzie….
c.d.n
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz