poniedziałek, 26 sierpnia 2013
Frenn K15
Walka, przez całe życie wiązała Frenna. Lecz teraz wszystko wyglądało inaczej. Frenn nauczył się używać żywiołów w swojej walce, najlepiej mu szło z powietrzem, ale i nie obce mu były pozostałe żywioły, choć ogień zostawił Oktawii, była mistrzynią w posługiwaniu się ogniem i Frenn wiedząc, że nie dorówna jej kunsztowi, skupił się pozostałych żywiołach.
Kim była tak kobieta –zastanawiał się Frenn. Posługiwała się magią, w sposób mistrzowski do tego była piękna i bezwzględna. Frenn nie potrafił sobie powiedzieć skąd wzięła się u niego taka fascynacja osobą, której postępowanie jawie przeczyło zasadom, jakimi posługiwał się, Frenn i jego przyjaciele.
Walczyła o władzę, całą swą mocą i mocą swych popleczników – młodych czarodziejów, lecz równie bezwzględnych jak ich przywódczyni. Do tej pory działali w ukryciu, kiedy jednak ich sprytne intrygi spełniły swe zadanie – jawnie wystąpili przeciw parze królewskiej. Uprowadzając księcia i przeszkadzając w poszukiwaniach.
Frenn z pazurem oddzielili się od grupy, a będąc w królestwie i słysząc, co się dzieje postanowili odnaleźć młodego księcia. Tak się złożyło, że Frenn spojrzał głęboko w oczy czarodziejce zaraz po porwaniu, kiedy ta zaszła mu w drogę. Poczuł się dziwnie i ustąpił jej z drogi nie wiedząc, kogo spotkał. Kolejne spotkania nie miały już neutralnego charakteru. Jego postępowanie notorycznie psuło szyki czarodziejki wpychając w nią coraz większą frustracją, aż sama stwierdziła, że dalsze działania bez eliminacji tego przybłędy i jego wilka, nie mają sensu.
Stosując starą metodę porwała pazura i uwięziła w swoim sztabie, opuszczonym zamku na skraju królestwa. Zamczysko było dobrze ukryte wśród niedostępnych skał i lasów. Dawna droga do bramy została zniszczona i nikt, kto nie potrafił wznieść ponad powierzchnię ziemi nie mógł się tam dostać.
Frenn skoncentrował się na wirującym spadającym liściu, liść zaczął wirować szybciej i szybciej by po chwili stać się niewielką trąbą powietrzną, która uniosła Frenna nad zamek.
Czarodziejka tylko czekała na ten moment. Powitała Frenn gradem błyskawic lewitując również powyżej murów starego zamku. Frenn ominął je wszystkie zbliżając się do czarodziejki na wyciągniecie ręki. Przyciągnął ją do siebie – obje „wymieniali” się zaklęciami nie czyniąc wszakże sobie szkody. Gdy już wyczerpały się pomysły na magię, szamotali się w mocnym uścisku chcąc uzyskać fizyczną przewagę nad przeciwnikiem. W końcu Frenn mocno uchwycił czarownicę pozbawiając ją możliwości najmniejszego ruchu. Wiedziała, że była pokonana – Frenn też wiedział, że wygrał, lecz nie czuł satysfakcji, czuł fale gorąca i zimna przelewające się przez jego ciało – jego umysł błądził do zapachu włosów, które były tak blisko do oczu, w których teraz widział ciekawość? Niedowierzanie, że ktoś mógł je okiełznać i coś znajomego ciepłego....
- nie mogę cię pokochać – pokonać przejęzyczył się Frenn
- ani ja ciebie – odparła czarownica
Frenn zaskoczony odpowiedzią poluźnił uścisk i to wystarczyłoby czarownica wymknęła się z jego objęć natychmiastową teleportacją. Frenn przypomniał sobie, po co tu przybył. Wskoczył do lochów, znajdując przy okazji kwatery młodych czarodziei – obezwładnił ich błyskawicznie miał czasu na więcej, obawiał się, że nie zobaczy Pazura. Pazur trzymany w kościanej klatce próbował sam się wydostać, kiedy zmaterializowała się ta kobieta, która go uwięziła, warknął groźnie, jednak kobieta nie zwróciła na niego uwagi była nieobecna, gdzieś duchem w innym miejscu. Po chwili spojrzała na niego i szepnęła.
- chciałam cie zabić, lecz nie zrobię tego- znikaj i machnęła różczką. Pazur ocknął się w lodowatej wodzie pływając wśród kry, wskoczył na jedną z nich w momencie, gdy żółty olbrzymi stwór wyłonił się z głębin i poszybował w powietrze, pazur nie zdążył zauważyć czy była to istota żyjąca i czy sztuczny twór. Miał wrażenie, iż wewnątrz stwora widział tę kobietę. Pod wpływem ruchu kry zaczęły wirować kra, na której stał Pazur odwróciła się do góry dnem i Pazur ze skowytem znalazł się w wodzie tym razem jednak był po drugiej stronie. Stojąc na krze dalej patrzył w niebo a nie ginął w topieli. Pisnął zdezorientowany, ale zaraz mu przeszło, gdyż obok stał jego przyjaciel Frenn. Co ciekawe też, podobnie jak tak zła kobieta był odmieniony? Pazur nieśmiało pomerdał ogonem
- chodźmy piesku – odpowiedział Frenn a w jego głosie słychać było nowy, głęboki smutek...
poniedziałek, 16 lipca 2012
Gaas 2
Chłodny dreszcz przeszył Frenna, zatrząsł się mimochodem. Zimna, mokra wilgoć wciskała się pod ubranie. Krople deszczu ze śniegiem osiadały na ramionach, by zaraz stopnieć pozostawiając mokry ślad. Pazur wyglądał jakby wyszedł z niechcianej kąpieli. Tylko Gaas stał nieruchomo jak marmurowy posąg, zresztą z nasuniętą maską nie przypomniał żywego stworzenia a w istocie posąg.
- idą – wychrypiał Frenn wskazując na idących Szramę i Oktawię, równie zmokniętych co oni. – Gaas nieznacznie kiwnął głową powoli ruszając w ich stronę.
- mamy tych bandytów – wykrzyknął Szrama. Ukryli się w lodowej jaskini- potwierdziła Oktawia – boję się, że jak użyję zbyt dużo ognia na tych psubratów, jaskinia zawali się nam na głowy.
- zostawcie to mnie – powiedział beznamiętnie Gaas – obstawicie wyjścia z jaskini – gdyby ktoś próbował się przedrzeć – gdybym nie wyszedł – odnajdźcie moje serce, proszę.
Nic nie odpowiedzieli. Gaas wszedł do jaskini. Zapadła ciemność. Zapadła ciemność, już dawno w świecie Gaasa nie świeciło słońce, a ciepło mogło go zabić. Tych troje zmieniło jego dotychczasowe życie, wiedział, że nie może ich zawieść – wiedział, że ma dla kogo żyć. Miecze bezszelestnie wysunęły się z pochew. Gaas złączył je bezwiednie tworząc podwójne ostrze. W miejscu, w którym stał jaskinie mocno się zwężała tak, że tylko jedna osoba mogła przejść z trudem. Gaas stał przed tym przesmykiem, zakręcił mieczem młyńca sprawdzając swobodę działania. Powietrze rozcinane przez miecz jęczało głośno. Gaas sięgnął ręką do pasa, wyciągnął kilka metalowych kulek, rzucił w kierunku przesmyku. Silny rozbłysk i mocny huk wstrząsnął powietrzem. Po chwili usłyszał setki głosów wrzeszczących w panice. Głosy zbliżały się do wyjścia do swojego zatracenia. Miecz już tańczył w dłoniach Gaasa. Z zimną precyzją, uderzał kolejnych wyskakujących goblinów. Te spłoszone jeszcze niedawnym wybuchem nie wiedziały, że przesmyk czeka na nich śmiercią. Dopiero, gdy padło pierwszych dwudziestu zdały obie sprawę, że ich śmierć nie ma nic wspólnego z tym hałasem i ogniem w ich jaskini. Nie widziały, kto ich trzebi, gdyż każdy kto wszedł do przesmyku nie wychodził z niego. Gobliny na szybko zorganizowały małe grupki by choć jeden zjrzał w przesmyk i mógł powiedzieć co to za potwór blokuje im wyjście. Plan się powiódł połowicznie. Gdy piątka próbowała przejść przez przesmyk, powietrze zafurczało i tylko jeden z nich nim padł martwy krzyknął: „biały człowiek”. Na gobliny padł strach znali opowieści o strasznym białym człowieku, który ma dwa miecze tak ostre, że potrafiły przeciąć nim jeszcze dotknęły. Gaas usłyszał jeszcze większy wrzask przerażenia, a potem ciszę. Wiedział, że ostatni goblin zdążył powiedzieć co się dzieje. Trudno musiał przejść poza przesmyk. Miecz rozdzielił się na dwa. Gaas wolnym krokiem przeszedł przez przesmyk i ruszył w centrum jaskini. Gdy znalazł się w środku, samotnie oświetlony lodowym blaskiem, stał jakby w letargu, nie poruszając się miecze trzymał w dłoniach jakby chciał je opuścić jakby rezygnował z walki. Tak to zrozumiały gobliny chowające się wśród lodów jaskini. Z wrzaskiem rzuciły się na niego z nadzieją, że jest ich na tyle dużo by poradzić sobie z jednym zrezygnowanemu człowiekowi. Gdy już byli na wyciągnięcie miecza ich okrzyk już miał barwę tryumfu, Gaas w jednej chwili odwrócił się w piruecie każdym mieczem ścinając dwie najbliższe głowy goblinów. Miecze pracowały tak szybko, że lodowy blask odbity od ich ostrzy zdawał się płonąc niebieską poświatą, Gaas uderzał każdym ostrzem osobno jakby dwóch było dwóch perfekcyjnych wojowników, walczących tak blisko siebie, że zdawało się, że to jeden. Płaszcz Gaasa, rozchylał się, w tym tańcu śmiertelnym nadając mu lekkości i zwinności, że trudno było oderwać wzrok. Przyjaciele byli w tej Sali i patrzyli na niego jak kończył już dzieło zniszczenia goblinów. Przybiegli w momencie, gdy banda wrzeszczała tryumfalnie tuż przed swoją zagładą, pomyśleli że dzieje się coś złego i ruszyli na pomoc, jak się okazało niepotrzebnie, choć urzeczeni tą walką stali wpatrzeni jak w nadnaturalne zjawisko. Gaas skończył, Frenn podszedł do niego
- widzę, że nieźle sobie radzisz z dwoma mieczami
- i nawet nie ma czego poprawiać, z udawanym smutkiem powiedział Szrama
- dziękuję – odpowiedział Gaas metalicznym głosem, w którym było słychać coś na kształ westchnienia, a może to tylko wydychane powietrze zasyczało tak jakoś inaczej….
Gaas 1

Była mroźna noc. Nikt nie opuszczał swoich domostw. Zwierzęta te, które nie zasnęły na zimę pochowały się głęboko przed mrozem. Na dworze panowała cisza i mróz. Nad światem blado płonęły gwiazdy. Księżyc nie ukazał swego oblicza. Lecz noc nie była spokojna. Potężny ryk zakłócił wszechogarniającą ciszę. Frenn otworzył oczy. Spojrzał prosto w ślepia Pazura, którego również zbudził hałas. W pomieszczeniu było w miarę jasno, gdyż ogień w kominku jeszcze nie dogasł. Wzrokiem dał znak Pazurowi „idziemy” Wilk wstał i bezszelestnie wyszedł z pokoju za nim zakapturzony Frenn z łukiem gotowym do strzału. Na schodach spotkali Oktawię, która w płonących dłoniach trzymała kulę ognia gotową do rzucenia, w jej oczach nie było miejsca na dyskusję. Szrama stał przy drzwiach. Uzbrojony w sój ulubiony miecz powoli je otwierał. Przeszył go mroźny dreszcz kiedy pierwszy chłód wdarł się do domu. Szrama nie pozwolił sobie nawet na ruch powieką kiedy wyszedł na mróz za nim skoczyła Oktawia potem Pazur i Frenn zamknął bezgłośnie drzwi. Wiedzieli co mają robić Szrama z Oktawią obchodzili dom z prawej, Frenn z Pazurem z lewej. Wszystko w kompletnej ciszy. Gdy byli w połowie drogi kolejny ryk roztrzaskał ciszę i Szrama założyłby się, że słyszał jak pęka jedna szybka z okna. Ryk był ogłuszający i całkiem bliski. Gdy wyszli zza rogu Szrama i Oktawia mieli Frenna z Pazurem po swojej lewej stronie. Wydawało się im, że są w miarę blisko ale to co ujrzeli przerosło ich najśmielsze oczekiwania. Ogromny niedźwiedź polarny patrzył na nich złym wzrokiem. Niedźwiedź był wielkości domostwa, z którego przed chwilą wyszli. Tak, że Frenn był dokładnie przy ogonie, kiedy Oktawia i Szrama naprzeciw jego pyska. Niedźwiedź ryknął po raz kolejny. Szramie wypadł miecz z ręki, a Oktawii kule ognie odleciały w przeciwnym kierunku. Frenn błyskawicznie strzelił mierząc w wielkie jak okno oko niedźwiedzia. Lecz ten był równie wielki co szybki. Ogromną łapą zasłonił się nim strzała dosięgła celu przy okazji niszcząc narożnik domu.
Szrama i Oktawia odskoczyli błyskawicznie wykorzystując moment gdy niedźwiedź zajmował się strzałą Frenna. Frenn nałożył kolejną strzałę, lecz nim zdążył naciągnąć cięciwę niedźwiedź zdążył odwrócić się w jego kierunku. Frenn wiedział, ze nie zdąży już strzelić. Pazur zbierał się do skoku ale widać było, że niedźwiedź przygotowuje się do odparcia ataku Pazura nim ten jeszcze go wykonał. Dwie ogniste kule przeszyły powietrze blisko pyska bestii nie trafiając jej wszakże, dzięki temu Frenn również zdążył cofnąć się a Pazur zmienił zdanie co do skoku. Niedźwiedź ponownie zawrócił w kierunku Oktawii niesamowicie szybko wyciągając łapę do uderzenia, gdy nagle powietrze przeszył świst i coś białego ukazało się przyjaciołom. W jednej chwili znalazł się pod gardłem potwora błysnęły równocześnie dwie klingi wykonując precyzyjne cięcia od ucha do ucha bestii i nim jeszcze pierwsze krople krwi pojawiły się na białej sierści stworzenia, klingi zniknęły w pochwach a biała furia znalazła się tuż obok Oktawii.
- na co czekasz podpal go kobieto-ognia – powiedział spokojny zimny głos, który spod maski, która okrywała jego twarz wydawał się jakby metaliczny.
- Oktawia nie czekała wypuściła dwie kule jednak te trafiły niedźwiedzia prosto w łeb. W tym samym momencie strzała utknęła w jego oku. Monstrualne zwierzę stało przez chwilę bez ruch by w sekundzie zwalić się na resztę domu, przygniatając go swoim cielskiem.
- ciekawe jak wydobędę swój miecz odezwał się Szrama w ciszy jak zapadła
- ktoś ty – trzeźwo zapytał Frenn
- Gaas Sogralan – odparł metaliczny spokojny głos.
- jestem Frenn Astorio, a to …
- wiem kim jesteście – odparł tym samym tonem głos – potrzebuję Waszej pomocy
- Ty?- zdziwiła się Oktawia – przecież to my powinniśmy Ci dziękować za tego potwora
- tak Wy jesteście jedyni, którzy mogą mi pomóc, otóż ja…- w jego zimnym spokojnym głosie wyczuć można było odrobinkę wahania – szukam….- nim dokończył słowa sięgnął ręką do swojego gardła wyraźnie coś przekręcił, słychać było delikatne jęknięcie i otworzył swoją przyłbicę – swojego serca – dokończył Gaas.
Oczom ukazała się blada twarz człowieka, któremu życie nic więcej nie mogło zaoferować.
Szare oczy gładka krystalicznie blada skóra, wargi niemalże niebieskie nie skore do żadnych emocji może kiedyś się uśmiechały, ale teraz wyglądały jakby nie znały śmiechu.
- zatem witaj w klubie – odrzekł nieco smutno Frenn – ty szukasz serca ja drogi. Może jak połączymy siły znajdziemy w końcu swój spokój
- to dla mnie zaszczyt – odparł Gaas – pewnie cieszyłbym się gdybym tylko mógł.
- nie Martw się my już cię rozbawimy, prawda piesku? – dodał Szrama, a Pazur pomerdał tylko ogonem
- chciałbym, żeby tak się stało – odrzekł swym metalicznym głosem Gaas, który zdążył już założyć maskę na twarz
Gaas Sogralan urodził się w lodowej pustce. Nie pamiętał swojego dzieciństwa. Nie pamiętał niczego prócz zimna mrozu ciemności i ciszy, która potrafi zabić. Nie pamiętał też chwil, kiedy w jego piersiach biło gorące serce. I tego potwora w ludzkiej skórze, co przy pomocy najciemniejszej Sztuki pozbawił go serca. Nie pamiętał jak gasnącym wzrokiem widział swoje serce topiące lód i znikające w lodowej ciemności, tak jak i jego świadomość tonęła w lodowej pustce. Wszystko to stało się na oczach jego ukochanej, której potem czarnoksiężnik kazał patrzeć na pozbawione życia i serca ciało umiłowanego. Kazał w swojej nikczemnej złośliwości pamiętać jej o śmierci lecz dał największe cierpienie, bo dał jej nadzieję, że ktoś może przywrócić jej umiłowanemu i życie i serce. Musi jednak żyć by powiedzieć gdzie jest serce. Jeśli ona umrze, umrze też jej miłość.
Gaas powstał z lodu i pierwszą osobą, którą zobaczył była Pani Lodu. To ona panowała nad zimnem, zimą i całym lodem świata. Znając się na Sztuce Tworzenia z lodu, stworzyła nowe serce Gaasa całe z lodu delikatne i kruche i bardzo wrażliwe na ciepło, dlatego krew Gaasa miała temperaturę prawie bliską zeru. Tylko w okolicach bieguna Gaas mógł chodzić bez swego odzienia. Magicznie stworzone przez Panią lodu odzienie chroniło go przed nadmiernym ciepłem zarówno zewnętrznym jak i własną ciepłotą ciała. Kombinezon był w śnieżnobiałym kolorze z ledwo błękitnymi wykończeniami. Głowę przekrywał jasno błękitny kaptur, który przechodził w płaszcz okrywający Gaasa aż do ziemi. Przepasany granatowym pasem, który na całej długości zawierał mnóstwo zamykanych kieszonek do pasa też przytroczone miał pięknie zdobione w lodowe motywy pochwy obie jednakowej długości kryły dwa krótsze niż normalne miecze ostrza. Były niemalże bliźniaczo podobne zakończone długą rękojeścią z kości słoniowej równie zdobione lodowymi motywami, tak, że wraz z pochwami wyglądały na jedną całość. Różnica polegała w samych końcach rękojeści. Ich budował pozwalała na błyskawiczne połączenie lub rozdzielenie ostrzy w ten sposób można było mieć dwa niezależne ostrza lub jeden dwuostrzowy miecz. Twarz Gaasa zasłaniała maska, z okularami pod którymi gdy tylko ktoś mógłby zobaczyć, zobaczyłby zimne, jasno szare oczy. Maska była skromna i prosta. Biała jedynie przy podbródku widniały na niej trzy równoległe błękitne paski znak Pani Lodu. Maska w rzeczywistości była częścią całego hełmu. Można ją było odchylić jak przyłbicę u rycerzy, ale Gaas musiał uważać by się nie przegrzać.
czwartek, 15 marca 2012
- zostaw! – mruknął Frenn a Pazur natychmiast zostawił na wpół spalonego królika, który leżał w rumowisku spalonej ziemi kamieni i kilku kikutów drzew.
- co za bestia – mruczał dalej Frenn nawet królikowi nie przepuści. Pazur cichutko zawarczał jakby potwierdzając słowa Frenna – ciii – piesku – łagodnie szeptał Frenn. Przed nimi w wypalonej do cna ziemi zionęła ogromna dziura. Jakby ktoś dosłownie wypalił ziemię na kilkadziesiąt metrów wgłąb. Z pieczary dobywały się kłęby śmierdzącego siarką dymu
- nie wejdziemy tam teraz – nie przeżyjemy i kiedy Frenn się odwrócił od pieczary w górę wystrzelił słup pary i ognia. I z potwornym hukiem w pieczary wystrzelił w niebo czerwony pocisk. W jednej chwili był wysoko nad ziemią rozłożył czerwone skórzaste skrzydła i ryknął tak potwornie, że nawet Frenn poczuł się nieswojo. Ba z przerażającą trzeźwością stwierdził, że jest widoczny jak na talerzu w tej spalonej pustce. Nim zdążył pomyśleć usłyszał huk zbliżających się z niesamowitą prędkością skrzydeł.
- w prawo – rzucił do pazura i w ostatniej dosłownie chwili rzucił się w prawo, czując na sobie gorący podmuch ognistej kuli wystrzelonej w paszczy smoka. Smok błyszcząc swa złą czerwienią, jak na swoje wielkie cielsko zwinnie zawrócił wyrywając z pobliskiego jeszcze nie spalonego lasu kilka drzew i Frenn miał go przed oczami szykującego się do następnej kuli
- w prawo – krzyknął w ostatniej chwili do Pazura – kula spaliła leśny płaszcz i trochę futra Pazura. Przeleciała jeszcze kilkaset Mertów i eksplodowała w pobliżu samotnie stojącego kiuta drzewa. Smok przeleciał nad nimi niemalże muskając łuskami głów. Nim wstali smok nadlatywał od tyłu nie strzelając kulami lecz ciągłym ogniem topił ziemię przed sobą w pasie może trzech metrów. Resztki wilgoci parowały z ziemi a w wytopionym rowie pojawiała stopiona magma. Smok leciał wolniej bezpardonowo paląc wszystko przed sobą. Frenn nawet nie myślał by wyciągać łuk nie było czasu na myślenie, nie było czasu na schowanie, nie było czasu na nic, kiedy nagle coś huknęło od strony lasu, Frenn spojrzał na ognistą kulę zbliżającą się do smoka. Smok przestał palić machnął mocniej skrzydłami i wzbił się ponad kulę trącając ją łapskami. Kula zmieniła kierunek i rozbiła się tuż pod smokiem z hukiem eksplozji i choć smoki na ogół odporne są na dość wysokie temperatury, ta z wybuchu była wyższa niż zwykły ogień, poparzony smok zaryczał wściekle i poszybował w kierunku lasu i tego kto wypuścił kulę. Frenn błyskawicznie wyciągnął łuk.
- nie skończyłeś jeszcze ze mną – powiedział przez zęby, napiął łuk, napiął mięśnie, napiął myśl, widział złe serce smoka pod pulsującą łuską gdy smok unosił się nad lasem zbierając ogień na jeden strzał by spalić las śmiałka, który go poparzył, by spalić cały świat i wszystko co żyje. W swej wściekłej złości nie widział złości tych co przed chwilą mieli zginąć. Błąd. ostatni w jego wściekłym życiu. Nie słyszał strzały, która nasączona wściekłością myśliwego, zmienionego w ułamku sekundy w zwierzynę, w zabawkę, która miała zginąć nie wnosząc żadnej ofiary. Była na powrót myśliwym, nie znającym litości dla tych co nie znają litości.
Bez współczuciu dla tych co nie mają współczucia, śmiercią dla tych co gardzą śmiercią. Smok poczuł ukłucie i uczucie jak jego wściekłość ucieka wraz z życiem, nie zdążył się zdziwić, nie zdążył pomyśleć co się stało, nie zdążył się wściec jeszcze bardziej, tylko złożył skrzydła i w sekundzie wbił się w ziemię łamiąc kilka drzew i nabijając się na ich kikuty.
- niesamowity strzał – powiedziała Oktawia wychodząc zza drzew,
- uratowałaś mi życie, dziękuję – powiedział Frenn, ale widać było, że coś go gryzie
- to samo można powiedzieć o Tobie odparła Oktawia – to był okropnie zły smok nigdy nie spotkałam się z taką wściekłością
- to prawda – odrzekł smutno Frenn
- coś przegapiłem? – beztrosko spytał Szrama, który właśnie w tej chwili pojawił się w tym miejscu
- w odpowiedzi usłyszał pojedyncze szczeknięcie Pazura.
-ciesz się , że tego nie widziałeś – powiedział Frenn i odszedł do lasu, chciał być poprzez moment sam
- co mu się stało? –spytał trochę zaskoczony Szrama
- ciesz się że tego nie widziałeś – odpowiedziała mu Oktawia, chodźmy dajmy mu chwilkę
- pazur ! chodź z nami-
Pazur pomerdał ogonem popatrzył przez chwilkę za znikającym Frennem i pobiegł za Oktawią i Szramą…Frenn został sam. Sam z wściekłością smoka, która chyba bardziej go zraniła niż ogniste kule, stopiona siarka, i te chwile grozy, w których omal nie posttardał nadziei, że uda mu się zobaczyć wschód księżyca. Ta potworna wściekłość przeraziła Frenna, bo wiedział też, że bez niej strzała nie przebiłaby skóry smoka. Nie trafiłaby w samo serce bestii. Nie chciał by podobna wściekłość kierowała nim kiedykolwiek, lecz widział też to, że z nią nie ma stworzenia na Świecie, którego by nie pokonał. A to jest pierwszy krok do pychy, która zabija szybciej niż najlepszy wojownik. Frenn chciał zabić tę wściekłość już teraz, tylko, że ta nie chciała odejść. W tej bezsilnej złości na siebie Frenn krzyknął z całej siły a las poniósł jego bezsilność daleko echem. Usłyszeli ją i Szrama i Oktawia i Pazur.
Gdy zapadł zmierzch Frenn wrócił do obozu.
- wszystko w porządku przyjacielu? Zapytał z troską Szrama
- mam nadzieję, że tak powiedział słabo Frenn i uśmiechął się delikatnie
Wszyscy jednak wiedzieli, że myślami był daleko.
Głos ginął w huku huraganu, wirujący piasek oślepiał nie pozwalając wybrać właściwego kierunku. Przyjaciele trzymali się za ręce, a Pazur trzymał zębami Frenna za drugą rękę, by nie zgubić się na tej przeklętej pustyni. Do pobliskich skał, które dawałyby jakąkolwiek osłonę było niecałe dwadzieścia metrów, lecz w tych warunkach to było najdłuższe dwadzieścia metrów. Kiedy się tam doczołgali wiatr wcale nie słabł. Skała dawała niewielkie schronienie ale przestali się obawiać, że zostaną rozdzieleni i przysypani. Nagle Pazur szczeknął i zaczął kopać pod skałą, wszyscy się zdziwili jak Pazur mógł cokolwiek wyczuć w tej masie wirującego piasku, ale k końcu to wilk i to niezwykły wilk. Trochę czasu zajęło Pazurowi przekopanie się do wylotu podziemnej jaskini, wszyscy zaczęli pomagać Pazurowi tak by powiększyć otwór by każdy mógł się zmieścić. Burza szalała dalej może nie tak intensywnie, ale kontynuacja podróży była niemożliwa. Otwór jaki wykopali pozwalał na przeciśnięcie się do jaskini. Kiedy wszyscy się tam znaleźli Frenn wyjął z plecaka łuczywo i słabym światem rozświetlił Jaskinię, widać było, że jaskinia jest długa i bardziej przypomina tunel lub duży korytarz, a oni dostali się od boku, jednak światło było zbyt skąpe by powiedzieć coś więcej. Szrama zrobił wyciągnął swoje łuczywo zrobiło się trochę jaśniej, ale nic nowego o jaskini nie można było powiedzieć, na koniec Oktawia pstryknęła palcami i na dłoni pojawił się płomyczek, który może niewielki ale bardzo jasny rozświetlił jaskinię jakby ktoś zapalił tysiąc świec. Wszyscy popatrzyli na Oktawię, wilk delikatnie zamerdał ogonem. – nie boli Cię to? – z troską w głosie zapytał Szrama
- ani trochę – wesoło odparła Oktawia.
Chłopcy zgasili swoje łuczywa, mogą się przydać później. A jaskinia w dobrym świetle rzeczywiście przypominała tunel, którego dwa końce ginęły w mrokach. Ściany były gładkie a na ich powierzchni znajdowały się ślady jakichś obrazów, znaczyło to, że jaskinia była sztuczna! – nie znam takich liter - powiedział Frenn po chwili studiowania napisów na ścianach, ani ja dodał Szrama i obaj popatrzyli na Oktawię ta tylko przecząco pokiwała głową.
- w którym kierunku idziemy? – zapytał Szrama
-poczekajcie odpowiedział Frenn i usiadł na podłodze zamknął oczy i jak zawsze zaczął szeptać, po chwili otworzył oczy i powiedział – w tę stronę pokazując na prawo od wejścia. Jeżeli tam pójdziemy kierunek będzie niemalże zgodny z naszą trasą na powierzchni
- a nie wiesz może co tam jest? – retorycznie spytał Szrama
- nie – retorycznie odpowiedział Frenn
I ruszyli. Ogień Oktawii wystarczył na dwie godziny marszu musieli potem odpocząć, odpoczywali w ciemnościach. Nie wiedzieli jak długi jest ten korytarz a zapasów drewna na rozpalenie ognia mieli niewiele, więc starali się oszczędzać.
- ani trochę – wesoło odparła Oktawia.
Chłopcy zgasili swoje łuczywa, mogą się przydać później. A jaskinia w dobrym świetle rzeczywiście przypominała tunel, którego dwa końce ginęły w mrokach. Ściany były gładkie a na ich powierzchni znajdowały się ślady jakichś obrazów, znaczyło to, że jaskinia była sztuczna! – nie znam takich liter - powiedział Frenn po chwili studiowania napisów na ścianach, ani ja dodał Szrama i obaj popatrzyli na Oktawię ta tylko przecząco pokiwała głową.
- w którym kierunku idziemy? – zapytał Szrama
-poczekajcie odpowiedział Frenn i usiadł na podłodze zamknął oczy i jak zawsze zaczął szeptać, po chwili otworzył oczy i powiedział – w tę stronę pokazując na prawo od wejścia. Jeżeli tam pójdziemy kierunek będzie niemalże zgodny z naszą trasą na powierzchni
- a nie wiesz może co tam jest? – retorycznie spytał Szrama
- nie – retorycznie odpowiedział Frenn
I ruszyli. Ogień Oktawii wystarczył na dwie godziny marszu musieli potem odpocząć, odpoczywali w ciemnościach. Nie wiedzieli jak długi jest ten korytarz a zapasów drewna na rozpalenie ognia mieli niewiele, więc starali się oszczędzać.
Frenn D2
Słońce wschodziło nad granatowo-ciemnym światem, zmieniając jego oblicze w spaloną czerwień skalistej pustyni, na której życie kończyło się z nastaniem dnia, lub wyczerpaniem z braku wody. Jednak moment , którym noc oddawała się dniu był za każdym razem niesamowitym zjawiskiem. Tak jak kochankowie, co walczą ze sobą w miłosnym zmaganiu tak kolory dnia w jednym momencie stapiały się z kolorami nocy tworząc swe niepowtarzalne dzieło…jutrzenkę.
Frenn czekał na tę chwilę właśnie, samotny cień wśród na szczycie skał nie wyróżniał się niczym od setek głazów porozrzucanych wokół. Jego myśli biegły gdzieś daleko poza jutrzenkę, a on czerpał z tej chwili wszystko co się da barwy zapachy, wilgoć na skórze, lekki podmuch wiatru jego siłę wszystko. Nikogo nie było w pobliżu tylko on sam i wstający dzień. Kiedy pierwsze promienie słońca omiotły ziemię Frenn wybudził się wstał, pokłonił się lekko i wrócił do obozowiska. Tylko Pazur czuwał, powitał go bezgłośnie merdając ogonem, Szrama wdzięcznie chrapał z Oktawią wtuloną w niego całą. Frenn rozniecił dogasający ogień i wstawił wodę, wszystko zrobił bezgłośnie pod bacznym okiem Pazura. Z plecaka wyjął kawał suszonego mięsa, co mlaśnięciem skwitował Pazur, kilka jaj i pajdę chleba. Wziął to wszystko i nieco oddalił się od obozu, by nie przeszkadzać śpiącym. Pazur równie bezszelestnie wymknął się wiedziony zapachem suszonej strawy.
Na podręczną patelnię Frenn wrzucił trochę oleistych ziół, które miał przy sobie, a które robiły za niepsujące się masło, odkroił kawałek suszonego mięsa i… rzucił Pazurowi , bo go ładnie prosił, resztę plasterkował i wrzucił na patelkę wbił wszystkie jaja i wrócił z tym do ogniska. Śniadanie zaskwierczało Szrama od razu się obudził wieczny głodomór przystawiając się do patelni
- zrób chociaż picie – przywitał go Frenn
- już, już sprawdzałem tylko czy się nie przypala
- tak jasne, już cię znam – przekomarzał się Frenn
- co tam chłopcy robicie? – obudziła się Oktawia – śniadanie? Dla mnie? Och wspaniale
- hau – radośnie przywitał Oktawię Pazur
- może dołożę do ognia? Zaproponowała Oktawia
- nie!! Chórem odpowiedzieli Frenn i Szrama –ostatnio jak Oktawia „dołożyła” ognia ognistą kulą byli bez śniadania obiadu i kolacji, bo wszystkie zapasy spłonęły wraz z całym obozem, Dobrze, że nikomu nic się nie stało.
- chciałam pomóc – słodko-smutno – odparła Oktawia
- pomożesz nam zjadając szybko śniadanie – uśmiechnął się Szrama
- gotowe – dodał Frenn i cała trójka i wilk zajęli się śniadaniem, wśród pustynnych wzgórz, gdzie słońce zaczynało grać pierwsze skrzypce a wiatr niósł żar i drobinki piasku w każde nieosłonięte i osłonięte miejsce….
Frenn D1

Ta chwila kiedy oko, palce, oddech, całe ciało współgra w celowaniu. Ta niesłyszalna cisza kiedy myśliwy spaja się ze zwierzyną niewidzialną linią trajektorii pocisku. Nie liczy się nic innego tylko.. trafienie i z tą myślą świsnęła pierwsza strzała Frenna i nim zdążył wyciągną drugą strzałę z kołczanu , usłyszał łomot walącego się cielska, a w zasadzie spadających kamieni, bo Troll, którego ugodziła strzała, zginął na miejscu. A Trolle jak umierają zmieniają się w kamień. Ten już nie żył zanim się przewrócił, więc na ziemię przewrócił się olbrzymi głaz rozpadając się na mniejsze części. Z jaskini dobiegł głośny ryk, to inny Troll widząc co się stało dał upust swojej złości i bezsilności zarazem. Wyskoczył z jaskini uderzając potężną maczugą na oślep. Nic nie trafił, dotarło do niego po chwili, że coś jest nie tak i ta chwila była jego ostatnią. Druga strzała ugodziła go śmiertelnie, ten jednak zdążył paść nim zmienił się w kamień. Frenn nie zakładał trzeciej strzały, wiedział, że więcej Trolli w tej jaskini nie ma. Szybo przewiesił łuk przez ramię i ruszył pospiesznie do jaskini skąd wyszły Trolle. Wewnątrz panował okropny trollowy smród przemieszany z dymem z ogniska. Na ogniu kipiał w ogromnym garncu jakiś wywar, nie wiadomo kim był gotowany biedak czy to człowiek pies a może elf? Frenn nie zastanawiał się nad tym, jemu już na pewno ni pomoże, ale musiała tu być jeszcze klatka z kimś żywym. Trolle często robią świeże zapasy, a w wiosce mówili o całkiem niedawnych zaginięciach w lesie. Zaginął chłopak kowala i córka leśnika, leśnik też nie powrócił odkąd wyszedł na poszukiwania. Nie licząc dzieci drwala, które zaginęły jako pierwsze. Frenn zobaczył okute drzwi do dalszej części jaskini. Drzwi były osadzone niedbale lecz były ciężkie i trudno je było wyważyć człowiekowi. Frenn kucnął pod drzwiami, zamknął oczy i zaczął rytmicznie szeptać słowa biegły, opływały jego ciało, materializowały się przejrzystą powłoką wokół Frenna, słowa stawały się głośniejsze, szybsze, powłoka stawała się jaśniejsza lśniła jakby postacią byka, a Frenn nie mówił już tylko krzyczał wciąż te same słowa, wstał nie przerywając krzyku objął drzwi i mocno szarpnął, drzwi zostały mu w rękach, Frenn z siłą byka cisnął je na bok, a te z hukiem wpadły w ogień i przewróciły kocioł trolli, z którego wylała się zawartość, po czaszce Frenn poznał, że to był jednak człowiek. Wszedł do pomieszczenia za wyrwanymi drzwiami. W środku było ciemno i duszno, czuć było przerażenie. Frenn zapalił pochodnię, i w niewyraźnym świetle w kącie zobaczył dwójkę drżących dzieci, w drugim kącie chłopca obejmującego wystraszoną dziewczynę. Nie było tylko leśnika. – poczekajcie tu chwilę sprowadzę pomoc – powiedział Frenn najłagodniej jak potrafił i wyszedł. Musiał posprzątać jaskinię nim wyjdą ze swojego więzienia te przerażone dzieci. W tej właśnie chwili do jaskini wszedł Szrama z Oktawią i Pazurem. Szrama pomógł pogrzebać zwłoki Frennowi a Oktawia z Pazurem zajęła się dziećmi. Wieczorem wszyscy byli w wiosce. Radość mieszała się ze smutkiem po stracie leśnika, lecz widać było, że spokój zagościł na twarzach mieszkańców wioski. Przyjaciele kładli się spać wiedząc, że jutro zanim jeszcze kogut zapieje opuszczą wioskę i nigdy już tam się nie pokażą…
wtorek, 24 lutego 2009
Posłowie? ;)
to koniec przygód Frenna. Od ponad roku nie powstał żaden nowy odcinek...mam jednak nadzieję, że to co można tu znaleźć potrafi choć trochę zabawić :)
FrennW18
Szrama jęknął i otworzył oczy
- co się tak gapicie? – wystękał – kurczę muszę sobie chlapnąć, bo mi coś zaschło w gardle.
W odpowiedzi otrzymał setki uścisków i pocałunków na przemian od Oktawii Frenna a nawet od Pazura..
- no dobrze dobrze nic mi nie jest – gdzie to piwo?
Wstał pojękując- a Oktawia przyłożyła do jego Twarzy swoje dłonie...
- czy to jest modlitwa?- spytała cicho i po chwili z jej palców wypłynęły złociste promienie owijając twarz Szramy niczym bandarz, trwało to chwilę a Oktawia zaciskała wargi do krwii blednąc z wysiłku...gdy złoty bandarz opdał twarz Szramy była...wyleczona, żadnych blizn żadnych zadrapań
- jakoś wiedziałam, że to potrafię – powiedziała Oktawia i osunęła się osłabiona na ziemię, natychmiast pochwycił ją Szrama, nie mówił nic, ale twarz mówiła wszystko, radość wzruszenie i miłość do ex-diablicy malowała się w oczach Szramy...
-chyba czas na nas piesku – powiedział Frenn do Pazura, a ten pomerdał ze zrozumieniem ogonem
- jak to ? – spytali jednocześnie Szrama i Oktawia – chyba nas nie zostawicie....
- poznaję to miejsce – w moim domu wygląda identycznie wystarczy tylko przejeść przez tę bramę – wskazał na kilka oderwanych głazów, które spadając utworzyły coś na kształt bramy, jednak coś dziwnego było w tej bramie... to wyglądało jakby wcześniej ktoś zabrał framugę i został tylko otwór a spadające głazy otoczyły własnie ten otwór...po drugiej stronie widać było jezioro i las, zielony Północny las, w którym Frenn sie wychował, poznał go od razu...poza obszarem bramy był również las, ale jeszcze zniszczony ostatnią walką i latami złej aury tego miejsca, miejsca Szramy i Oktawii
- żegnajcie przyjaciele nie zobaczymy się więcej – powiedział Frenn i gwizdnął na Pazura, szybko przeszli przez bramę nim Szrama zdążył powiedzieć „czekaj” powiedział tylko
- może i tak lepiej, nie lubię długich pożeganań, gdzie to moje piwo – dodał i otarł łokciem łzę kręcącą się w oku
- chodźmy już - dodała Oktawia obejmując Szramę – zbudujmy dom na tym brzegu, może kedyś ktoś stanie w tej bramie i będziemy mogli go przywitać – dodała całkiem wesołym już tonem
FrennW17
Oktawia podeszła bliżej brzegu i włożyła dłoń do wody natychmiast jednak ją wyjęła – brr zimna jak lód – musiała byc zimna, dłoń Oktawii poczerwieniała w jednej chwili
- Frenn natychmiast powchwycił dłoń Oktawii mocno przycisnął do siebie i wyszeptał coś na kształ modlitwy, dłoni wróciła zdrowa barwa, Frenn jeszcze przez moment stał jakby oszołomiony, po czym się ocknął....
- za chwilę ręka całkiem by ci zdrętwiała... to nie jest tylko woda...dziwne, że nie paruje- z wysiłkiem mówił Frenn – widać było wyczarpał się bardzo, uzdrwiając Oktawię.
- dziekuję – powiedziala Oktawia
- dziekuję – powiedział Szrama, który jakoś zbladł...
- co to był za czar? – bardzo interesujące – zaczęła Oktawia – nie znam czegoś takiego
- to nie czar – wyjaśnił Frenn – to wiara....
- wiara? – spytała się Oktawia, chciałabym mieć taką wiarę
- ja też – powiedział Szrama – ale to nie takie proste jak Ci się wydaje dodał natychmiast – też próbowałem ale nic z tego nie wyszło, chociaż wiesz..są różne ścieżki wiary, można wierzyć i leczyć jak Frenn i można wierzyć i działać jak my, i wtedy wszystko co robimy udaje się nam zauważyłaś?
Oktawia nic nie powiedziała, ale widać było, że słowa te zastanowiły ją głeboko.
- nie wiem jak wy...ale gdzieś się.. trzeba rozbić – dalej lekko słabym głosem powiedzial Frenn
- dobrze, myślę, że powinnisy się cofnąć o parę mil, widziałem tam opuszczony szałas niedaleko drogi
- zatem chodźmy, mam jeszcze trochę sił
I poszli, Oktawia z Pazurem szli trochę z tyłu. Oktawia potrzebowała trochę dystansu..
sobota, 21 lutego 2009
FrennW16
- ciekawe co dziś nas napadnie – powiedział, raczej do siebie Frenn
- nie mam pojęcia – odpowiedział także jakby do siebie Szrama
Pazur zaskomlał cichutko potwierdzając rezygnację panującą w drużynie.
- słońca nawet nie widać- westchnął Szrama
- chodź już, musimy dziś dotrzeć do kryształowego jeziora – ponaglał niezbyt przekonywująco Frenn
- wiem, wiem – kryształowe to ono było kiedyś, teraz to pewnie jest lepkie bajoro ze smolastymi bańkami, ale skoro się uparłeś to idziemy.
- też nie mam ochoty zostać tu dłużej, ale to jest jedyna nadzieja jaką mam, muszę się dowiedzieć...nie skończył Frenn, coś wielkiego i szarego przeciało wysoko na niebie, przerażliwie skrzknęło i umilkło, znikając za wierzchołkami pobliskich gór...
- niepodoba mi się to – stęknął Szrama a Pazur potwierdził jego słowa skomląc nieco głośniej...
- to zaczekajcie tu na mnie – powiedział Frenn – sam się tym zajmę
- no jasne – sam – na twarzy pojawił się lekki uśmiech – tak nie dam Ci tej satysfakcji, chodź piesku trzeba pomóc temu ..he he.. bohaterowi
Ruszyli jakby raźniej, a mimo grubej warstwy ciężkich brązowych chmur, zrobiło się trochę może jakby jaśniej...
Nagle, przed nimi powietrze zawirowało, w ognistym wirze pojawiła się postać – niewyraźna lecz z każdą chwilą coraz bardziej materialna, Fren i Szrama szybko wyciągneli broń, a Pazur zjeżył sierść...Wir zniknął a w miejsce jego stała przyjaciółka Szramy, były Sukub zmieniony przez Szramę w człowieka, a raczej Szrama zabił w niej zło, dość dziwnie jednym namiętnym pocałunkiem...
- a to ty ? – opuścił miecz Szrama chciał coś powiedzieć, o tym że powinna zostać w domu i, że ta wyprawa nie dla niej jest, bo przecież mogłoby się coś przydażyć, nie zdążył, szybki prawy prosty zwalił go z nóg, dziwczyna choć nie wyglądała na mocarza krzepę miała dalej iście diabelską, zresztą była świtnym fechmistrzem a i zachowała w sobie część magii...ognistej jak i ona sama
- jak mogłeś mnie zostawić samą? – wrzasnęła na niego- wiesz, że bez Ciebie nie dam sobie rady? – Frenn zachowywał zdziwione milczenie patrząc na Pazura, ten odpowiedział mu również znaczącym spojrzeniem...
- Ależ to niebezpieczne miejsce możemy tu zginąć, martwię się o Ciebie – odpowiedział Szrama wstając, pocierał zaczerwienione oko, wkrotce będzie fioletowo-sine, ale nie dbał o to, nie chciał by coś się stało Oktawii, bo również i on po tym pocałunku uległ zmianie...nie przyznawał się do tego ale jednak...
- nic mnie to nie obchodzi – chcę być tam gdzie ty – odpowiedziala Oktawia i odwróciła się plecami – a teraz chodźmy
- no...chodźmy przeciągle odpowiedział Frenn z kpiarsko-szelmowskim uśmiechem spogladając na Szramę , ten wzruszył ramionami jakby chciał powiedzieć – no co?
- widziałam ! – powiedziała uśmiechnięta od ucha do ucha Oktawia , a Pazur szczeknął radosnie i podbiegł do Oktawii....
- chyba nam jej tu brakowało nieprawdzaż? – szypnął Frenn na ucho Szramie
-chyba tak – odparł Szrama usmiechając się całą twarzą
wtorek, 17 lutego 2009
FrennW15
Cóż, w chwili gdy Szrama mówił te słowa, z „elitarnej” gwardii władcy zostało może pięciu najbardziej tchórzliwych , a może najbardziej zaradnych żolnierzy. Bowiem reszta gwardii pozostała w lesie, przygwożdżona do drzew, a ci którzy jeszcze mogli oddychać o własnych siłach, poważnie rozważali zmianę zawodu, na mniej kontuzyjny...ot choćby na kowala tudzież cyrulika…
Ci, którzy jeszcze mieli chęć naprzykrzania się Frennowi, Szramie i Pazurowi, ukrywali się wśród pałacowych zakamarków, chcąc wykorzystać element zaskoczenia i znajomości terenu….nie wiedzieli jednak, iż Pazura i jego doskonały węch trudno było zaskoczyć, a każdy ruch wilka był uważnie obserwowany przez przyjaciół, więc jedyne zaskoczenie jakie udawało się osiągnąć gwardzistom, to ich własne, kiedy wybiegając z krzykiem zza rogu, nadziewali się prosto na ostrza dwóch współpracujacych mieczy…
Do czasu...kiedy ktoś bardziej zorganizowany postanowił ustrzelić intruzów z łuku, wysyłając pozostałości "gwardii" na dachy rozpoczynając ostrzał, było momentami nawet groźnie, lecz łuk Frenna nie pudłował. I wtedy piersza strzała przeleciała całkiem blisko trafiając wóz nieopdoal przyjaciół.
- tam daleko, na dachu świątyni- szepnał Szrama, ale Frenn wymierzył, już łuk w tamtym kierunku,
- nie uda Ci się to, nic z tego, za daleko na Twój krótki łuk – wyszeptał Szrama
Lecz Frenn nie słuchał go, napiął cięciwę, poczuł miłe łaskotanie lotki na policzku, mierzył w stopę, przesuwał delikatnie łuk w górę, na kolano, brzuch…świstęła druga strzała wystrzelona przez łuczniczke, przeleciał jakiś metr obok wbijając sie w nieszczęsny wóz – za daleko – dalej szeptał Szaram ale bardziej do siebie niż do Frenna, a Frenn dalej w skupieniu przesuwał łuk w górę, czując powiew wiatru, najdelikanijeszy nawet, gdzieś w zakamarkach podświadomości był on, cel i wiatr…a ręka działa już sama czekając na ten moment…cel tuż nad prawym uchem…strzała popędziła w tym kierunku…
- za wysoko mój przyjacielu, nie dojdzie celu – powiedział żałośnie Szrama, Frenn tylko się uśmiechnął I w tej chwili łuczniczka złapała się w okolicach serca…I bezwładnie osuneła się wzdłuż dachu spadając bezdźwięcznie na dziedziniec…
Szrama nic powiedział, tylko patrzył z niedowierzaniem na Frenna.
- Idziemy – powiedział sucho Frenn – mamy rachunki do wystawienia temu bydlakowi. I ruszyli do zamkowych komnat, gdzie skulony ze strachu władca czekał na swój koniec…a koniec miał dopiero przyjść po procesie, w którym wszystkie ofiary dały świadectowo jego zbrodniom , a sprawiedliwość choć rzadka na tym świecie, zatriumfowała wśród prostych ludzi bardzo jej łaknących….
A Frenn Szrama i Pazur ruszyli dalej, w poszukiwaniu przystani…
FrennW14
Gdzieś nad brzegiem urwistej skały stał Frenn, zapatrzony w dal, poza horyzont, myślał czy kiedykolwiek wróci do domu, do swojego lasu, Srebrnookiej, czy też zostanie tu na zawsze…minuty płynęły a Frenn pozostawał w zadumie, Pazur cichutko zaskomlił rozumiejąc rozterki…tylko Szrama nie przejmował się całą sytuacją drzemiąc pod drzewem i pochrapując od czasu do czasu…tak upłynął wieczór, bez zbędnych słów…
Następnego dnia, poranek wstał chłodny, przetykany mżawką i nieprzyjemnym wiatrem. Tu i ówdzie pojawiły się błotniste kałuże, jednakże przyjaciele szli dalej przez dość ponuro wyglądający krajobraz, po jakimś czasie dotarli do martwo wyglądającego lasu, gdzie liście wyglądały jakoś tak szaro, jakby przyprószone pyłem wieków, żadnego śpiewu ptaków, niewiele zwierząt bojaźliwie uciekających przed podróżnikami. Maszerowali w milczeniu, przygnębieni jakimiś bliżej nieokreślonymi sprawami, a może tym ponurym widokiem, aż doszli do rozstaja dróg, gdzie znak był i owszem zniszczony równie dawno jak dawno w tym lesie była wiosna…
- no dobrze – to dokąd teraz zmierzamy ? – spytał trochę niecierpliwie Szrama
- na południe do Portu …- nie skończył Frenn, gdy nisko nad głową szybko przeleciał olbrzymi nietoperz…
- a cóż to…!!?- wykrzyknął Szrama
- nie wiem – odparł spokojnie Frenn, ściągając z ramion łuk – ale się dowiem…
Nagle powietrzem wstrząsnął silny podmuch i obaj przyjaciele chwycili się z uszy nie słysząc jednakże żadnego dźwięku, Pazur natomiast zawył przeraźliwie i zaczął uciekać w głąb lasu. Frenn pomimo bólu napiął łuk i celując w kierunku gałęzi, na której siedziało to stworzenie z otwartym pyskiem jakby krzyczało choć wokół panowała cisza…grobowa wręcz cisza…strzała świsnęła i po krótkiej chwili dosięgła bezbłędnie cel…nietoperz spadł, cisza się skończyła ból w uszach nagle znikł…
- rety- powiedział Szrama – w życiu ni spotkałem takiego stworzenia
- dziwne – te nietoperze żyją w mojej krainie, nie są co prawda tak duże ale jednak dość podobne – zastanawiał się głośno Frenn…
- czyżby to była droga do domu? – dodał Szrama, lecz Frenn nic odpowiedział, tylko rozglądał się za Pazurem, który po chwili wyłonił się zza krzaków, z bardzo strapioną miną..
- Jeśli tych stworzeń jest tu więcej, Pazur tego może nie przetrwać ma bardziej czuły słuch od naszego, musimy poszukać innej drogi – stwierdził Frenn
- jak sobie życzysz – odparł trochę zadowolony Szrama, bo ta droga mu się od początku nie bardzo podobała…
- wiem o czym myślisz, chcesz byśmy zostali na noc w Grodzie nieopodal?
- a czemu nie? – nalegał Szrama – zatrzymamy się, napijemy , uzupełnimy zapasy, odpoczniemy może? – ostatnie słowa dodał dość niepewnie…
- no dobrze, zgodził się Frenn i z troską pogłaskał ogromnego srebrnego wilka, który odpowiedział radosnym merdaniem – jemu też nie podoba się ta droga – dodał Frenn a na jego twarzy zagościł ledwo zauważalny uśmiech…
Następnego dnia, poranek wstał chłodny, przetykany mżawką i nieprzyjemnym wiatrem. Tu i ówdzie pojawiły się błotniste kałuże, jednakże przyjaciele szli dalej przez dość ponuro wyglądający krajobraz, po jakimś czasie dotarli do martwo wyglądającego lasu, gdzie liście wyglądały jakoś tak szaro, jakby przyprószone pyłem wieków, żadnego śpiewu ptaków, niewiele zwierząt bojaźliwie uciekających przed podróżnikami. Maszerowali w milczeniu, przygnębieni jakimiś bliżej nieokreślonymi sprawami, a może tym ponurym widokiem, aż doszli do rozstaja dróg, gdzie znak był i owszem zniszczony równie dawno jak dawno w tym lesie była wiosna…
- no dobrze – to dokąd teraz zmierzamy ? – spytał trochę niecierpliwie Szrama
- na południe do Portu …- nie skończył Frenn, gdy nisko nad głową szybko przeleciał olbrzymi nietoperz…
- a cóż to…!!?- wykrzyknął Szrama
- nie wiem – odparł spokojnie Frenn, ściągając z ramion łuk – ale się dowiem…
Nagle powietrzem wstrząsnął silny podmuch i obaj przyjaciele chwycili się z uszy nie słysząc jednakże żadnego dźwięku, Pazur natomiast zawył przeraźliwie i zaczął uciekać w głąb lasu. Frenn pomimo bólu napiął łuk i celując w kierunku gałęzi, na której siedziało to stworzenie z otwartym pyskiem jakby krzyczało choć wokół panowała cisza…grobowa wręcz cisza…strzała świsnęła i po krótkiej chwili dosięgła bezbłędnie cel…nietoperz spadł, cisza się skończyła ból w uszach nagle znikł…
- rety- powiedział Szrama – w życiu ni spotkałem takiego stworzenia
- dziwne – te nietoperze żyją w mojej krainie, nie są co prawda tak duże ale jednak dość podobne – zastanawiał się głośno Frenn…
- czyżby to była droga do domu? – dodał Szrama, lecz Frenn nic odpowiedział, tylko rozglądał się za Pazurem, który po chwili wyłonił się zza krzaków, z bardzo strapioną miną..
- Jeśli tych stworzeń jest tu więcej, Pazur tego może nie przetrwać ma bardziej czuły słuch od naszego, musimy poszukać innej drogi – stwierdził Frenn
- jak sobie życzysz – odparł trochę zadowolony Szrama, bo ta droga mu się od początku nie bardzo podobała…
- wiem o czym myślisz, chcesz byśmy zostali na noc w Grodzie nieopodal?
- a czemu nie? – nalegał Szrama – zatrzymamy się, napijemy , uzupełnimy zapasy, odpoczniemy może? – ostatnie słowa dodał dość niepewnie…
- no dobrze, zgodził się Frenn i z troską pogłaskał ogromnego srebrnego wilka, który odpowiedział radosnym merdaniem – jemu też nie podoba się ta droga – dodał Frenn a na jego twarzy zagościł ledwo zauważalny uśmiech…
FrennW13
Frenn obudził się trzymając kurczowo lotkę strzały, patrząc tęsknie za snem powoli przytomniał zbierając się do kolejnego dnia…słońce stało już w wysoko, gdy w obozie wybuchła nagle panika…słychać było krzyki, powstał niesamowity zgiełk … wszyscy chcieli jednocześnie wydostać się z tego miejsca. Uciekając gdzie popadnie, tratowali się wzajemnie, z krzykiem przerażenia…Frenn się im nie dziwił, wszyscy tu obecni przeżyli istne piekło, by wydostać się z piekła w którym niespodziewanie przyszło im żyć. Zatem na wszelki objaw czegoś nieracjonalnego wszyscy reagowali bardzo spontanicznie, słusznie obierając drogę ucieczki od nieznanego …Frenn nauczył się poruszać w tym ludzkim strumieniu, także kierował się szybko do miejsca, w którym coś się stało…po chwili dotarł na miejsce gdzie stały cztery odziane w skóry wojowniczki I strzelając z łuków powalały bezbronnych ludzi…Frenn nie myślał zbyt długo chwycił łuk I w mgnieniu oka wypuścił cztery strzały, które pewnie dosięgły celu. W tym momencie nadbiegł Szrama
- co tu się stało? – zapytał lekko zdyszany, rozglądając się wokół
- no właśnie… dziwne …coś tu nie gra ni stąd ni zowąd pojawiają się cztery barbarzynki szyjąc z łuków do wszystkiego co się rusza…na środku obozu? Tak po prostu? Coś tu nie gra
- rzeczywiście – patrz! – krzyknął Szrama wskazując ręką miejsce gdzie poprzedni stały barbarzynki - coś nie gra – dorzucił odbiegając do …czterech barbarzynek stojących dokładnie tak samo jak pięć minut temu , strzelających tak samo jak pięć minut temu, tyle że strzały tym razem zapalały namioty…
- co się tu dzieje? myślał Frenn ponownie wypuszczając strzały, które przelatując przez ciała barbarzynek utkwiły w …namiotach za nimi ..nie dam rady myślał z zaciśniętymi szczękami Frenn podczas gdy szrama próbował związać walką pierwszą z barbarzynek…
Lecz ta śmiejąc się z bezsilności Szramy, który bezskutecznie dźgał fantom wojowniczki mieczem, wypuszczała dalej swoje zabójcze strzały…
Frenn opuścił łuk zrezygnowany - co robić? Myślał intensywnie…Kiedy znów nie wiedzieć skąd tuż za jego plecami pojawiła się świetlista istota, która swym melodyjnym głosem zanitowała…
Frennwayu Astorio weź te strzały,
Wiecznym ogniem naznaczone
Z serc szlachetnych powstały
Walczyć ze złem im przeznaczone
Frenn stał jak wryty…znowu? kto to jest? Co tu się do cholery dzieje?
W dłoni trzymał kurczowo lotki czterech ognistych strzał…
Pióro feniksa…w lotce, legendy głosiły, że pióra feniksów płoną lecz dobrym istotom przynoszą ciepło i ukojenie podczas gdy istoty złe giną w tym ogniu…
Frenn nie zastanawiał się długo…napiął łuk I strzały jedna po drugiej wystrzeliły z sykiem bezbłędnie dosięgając celu. Cztery okropne wojowniczki popatrzyły ze zdziwieniem na tkwiące w ich piersiach płonące strzały i wrzasnęły jednocześnie …najpierw ze złości, że ktoś śmiał je zranić, a potem z bólu od ognia, który zaczął trawić zło…wraz z nimi, po chwili pozostały tylko cztery kupki popiołu I wciąż odbijające się echo ich przeraźliwego wrzasku…
- co to było? – z niedowierzaniem patrzył na to wszystko Szrama, ludzie wokół też wyglądali na kompletnie zdezorientowanych, lecz czując że zagrożenie minęło, wrócili do swych zajęć, choć część z nich rozpoczęła szykowanie się do ponownej zmiany miejsca.
- nie mam pojęcia – odpowiedział zrezygnowany Frenn
- no ale wygląda że masz oko u kogoś na górze – uśmiechnął się Szrama – już drugi raz dostajemy nieoczekiwaną pomoc, nie wiedzieć dlaczego I od kogo
- no właśnie – nie rozumiem tego – I powiem szczerze zaczyna mnie to przerażać…
- będzie dobrze- poklepał po ramieniu przyjaciela \szrama
- obyś się nie mylił, bo ja mam jakieś przeczucie, że dobrze to nie będzie – westchnął Frenn i odszedł w kierunku swojego namiotu…a wysoko gdzieś pod słońcem błysnęło złoto feniksa roniącego kolejne pióro….
FrennW12
FrannW11
-możesz zostać przyjacielu…tu też może przyda się twoja pomoc…
Pazur z wyraźną ulgą pomerdał ogonem… i ruszył w kierunku centrum miasta…
Szrama też miał minę niewyraźną….
- idź pomóż Pazurowi – powiedział spokojnie Frenn
- będziesz mnie potrzebował – odpowiedział Szrama , choć widać było, że bardziej z obowiązku niż z ochoty zobaczenia Loccutusa
- pomóż pazurowi – powtórzył spokojniej Frenn, dam sobie radę
- dobrze już idę – odwrócił się i odszedł…
Frenn znalazł malutki zagajnik, tam ściągnął plecak wyjął kilka zawiniątek, jakieś pudełeczko, i powoli zaczynał przygotowywać się do zejścia w szczelinę klasztoru.
Sprawdził łuk i cięciwę, strzały przejrzał wszystkie, część nasączył parująca substancją wyciągniętą z pudełeczka. Inne skropił wodą, którą otrzymał od starego mnicha, za pomoc w przeprawie przez górską rzekę…nasmarował twarz maścią, czarną jak smoła, lecz w dotyku chłodną i przyjemną… i ten chłód wzmagał się im bliżej był ognia… dając skórze świetną ochronę przed oparzeniami...wśród drzew poczuł się jak w domu, usłyszał ziemię, jak opowiadał swoją historię…w tym miejscu była naprawdę smutna, słyszał łkanie umęczonej plugastwem ziemi…skoncentrował się na pomocniku, będzie go potrzebował…Pazur i Szrama nie powinni się do tego mieszać…ale sam też nie da rady, wiedział jak przywołać zwierzęcych pomocników ,lecz tym razem potrzebował kogoś mocniejszego…kogoś jak upiorny pająk z którym kiedyś walczył samotnie… i nagle wśród tych kliku drzew poczuł jonizujące się powietrze, malutki błyskawice przeskakiwały z gałęzi na gałąź trzeszcząc wysokim napięciem… uformowały kształt okręgu, w którym jakby wciągnięty w ten czas i przestrzeń stał olbrzymi pająk… „idziemy” wydał bezgłośną komendę Frenn.. pająk posłusznie podążył za swoim panem…doszli do szczeliny….
Wewnątrz panował czerwonawy półmrok, nie zdążyli nawet przyzwyczaić się do tego światła gdy wyskoczyło na nich coś, coś małego lecz z olbrzymią furią zaatakowało przybyszów…to był kot…wystraszony całym tym zamieszeniem….Frenn powstrzymał pająka od ataku…a sam spróbował udobruchać kotka…ten po chwili uspokoił się …miauknął żałośnie…I odszedł w kierunku wyjścia… uff ale mnie wystraszył… pająk nic nie odpowiedział…stukał tylko swoimi wrzecionowatymi nogami o skały…
c.d.n.
FrennW10
Deszcz padał bez przerwy trzeci dzień, skutecznie torpedując plany dalszej podróży. Frenn i Szrama siedzieli wciąż w tej dziwnej oberży, gdzie nie było prawie nikogo, oprócz paru ciągle zawianych bywalców i wylęknionego oberżysty. Po trzecim dniu Szrama nie wytrzymał i zaczął wypytywać pijaczków, o co tu chodzi…pomimo, że byli pijani, nie bardzo chcieli mówić, a ich twarze wykrzywiał źle ukrywany strach…
- wygląda na to, że mamy tu coś do zrobienia – zaczął Szrama przysiadając się do samotnie sączącego cienkie piwo Frenna
- to wiem odkąd woźny otworzył bramę – odpowiedział Frenn- ale czy wiesz coś więcej?
- niewiele – ale zacznę od początku…te ruiny, które mijaliśmy ostatnio, tam gdzie ziemia wypalona jest, kiedyś był klasztor. Ale coś się stało, ludzie nie chcą mówić ..boją się…jednak zło po tym występku zawładnęło klasztorem i rozpełzło się po okolicy…Ludzie zostali tu, gdyż uważają iż nie ma stąd ucieczki…
- i słusznie uważają –dodał Frenn- ślady na to wskazują, że było wiele nieudanych prób wydostania się z miasteczka…
- właśnie, są przerażeni – a jednocześnie jakoś przerażający…nie wiem, ale coś tu nie gra i to bardzo…
- tak ciekawa sprawa, ale myślę, że od nich samych wiele tu zależy…póki pada deszcz możemy przyjrzeć się temu bliżej, może znajdzie się ktoś kto rzeczywiście potrzebuje naszej pomocy..
- masz rację – dodał Szrama i skończył swój kufelek – ale piwo mają tu wstrętne, pewnie warzą sami , ze starych skarpetek
- panowie długo zamierzają zostać? – spytał przerażony karczmarz
- do końca tygodnia – odparł szybko Frenn – Karczmarzu co tu się dzieje – dodał po chwili wbijając swe szare oczy w oberżystę, ten chciał odwrócić szybko wzrok, ale nie zdążył, czuł że musi powiedzieć, że łzy nabiegają mu do oczu, że będzie dla niego Lepiej jeśli te \szare oczy ujrzą prawdę
- to był wypadek- zaczął szybko, jakby złapany na gorącym uczynku- chociaż nie…to nie był wypadek…zaczęło się od momentu kiedy na okolicę spadła susza, lato było gorące i wiele studni wyschło, a plon był marny…Ludzie nie mieli pieniędzy….i głód zajrzał nam w twarz…i wtedy pojawił się brat Loccutus.. wmówił nam, że przez nasze lenistwo i niedbalstwo zasłużyliśmy na karę…lecz on wybłaga o łaskę dla nas…lecz że to wymaga ofiary…bracia z klasztoru mówili nam że to szarlatan… ale on tak pięknie mówił o pełnych spichlerzach, o wesołych dzieciach, o dobrobycie…za wysoką aczkolwiek uczciwą cenę…życie dziewczyny…poświęconej na ołtarzu za nasze grzechy…za jej również przyszłe…tak na mówił, a my uwierzyliśmy mu…nie chcieliśmy słuchać naszych braci, zwłaszcza, że Loccutus podszeptami buntował nas przeciwko nim…twierdząc że w spichlerzach jest mnóstwo ziarna, zagrabionych przez mnichów sknerów, że oni śmieją się z naszego cierpienia sami opływając w dostatki…i nas zgnębianych przez głód i suszę łatwo było pokierować przeciw nim…i wygnaliśmy ich…nie, nie zabijaliśmy wtedy nikogo…daliśmy om do zrozumienia, że nie są nam potrzebni … i odeszli…no …niezupełnie…. Wyrzuciliśmy ich siłą, ale nikogo nie zabiliśmy- dodał karczmarz bardzo szybko, po czym wylęknionym wzrokiem obejrzał się wokół siebie, upewniwszy się że nikt nie patrzy w ich kierunku, kontynuował opowieść…
Po wyrzuceniu mnichów Loccutus zajął klasztor, lecz spichlerzy nie otworzył, twierdząc że mnisi założyli na zamki jakieś piekielnie magiczne zabezpieczenia, i że bez ofiary nie można ich otworzyć… mówił, że bogowie zaczynają się niecierpliwić i że wkrótce ześlą kolejną plagę za nasze niegodziwości , cóż przyszło nam wybrać ofiarę…los chciał, że zgłosiła się jedna dziewczyna, niezbyt rozgarnięta, chciała poświęcić się dla wszystkich…kamień spadł nam z serca, lecz radość nie trwała długo…Loccutus, powiedział że bogowie wybrali ofiarę, a miała nią być Laura – śliczna córka burmistrza. Dziewczyna o przecudnej urodzie i złotym sercu. Smutek padł na rodziców, na całą społeczność, ale Laura dzielnie znosiła brzemię…była również gotowa poświęcić swe życie za nas wszystkich…w dzień ceremonii Loccutus zebrał wszystkich w klasztorze, i poprowadził uroczyście ceremonię, lecz nie ofiarował Laury na naszych oczach, odurzył ją tylko, i powiedział że powinniśmy pójść do domu, gdyż najważniejsza część musi pozostać między kapłanem a bóstwem…tak …tak powiedział…i poszliśmy do domów…z wyjątkiem małego Luka…on zawsze podgląda...cokolwiek ciekawego się dzieje...mały Luka wścibia swój nos….wtedy również…lecz ku przerażeniu wszystkich wpadł na plac i rozedrganym głosem powiedział, że Loccutus robi coś złego Laurze…wiemy odpowiedzieliśmy mu współczująco…jednak Luka że to są zupełnie inne rzeczy…w zdumieniu słuchaliśmy co opowiada Luka a gniew wzrastał w naszych sercach….chwyciliśmy co było pod ręką i popędziliśmy do klasztoru, i rzeczywiście Luka nie mylił się Loccutus hańbił Laurę a raczej bezcześcił …nasz gniew przerodził się w furię dopadliśmy Loccutusa i przygotowaliśmy dla niego pal tuż pod ołtarzem…gdy wbijaliśmy go on się śmiał i krzyczał że wszyscy jesteśmy jego na naszych rękach jest niewinna krew Laury a teraz tylko go uwalniamy….myśleliśmy że do reszty oszalał i majaczy bez sensu….jednak w momencie gdy miał wyzionąć ducha…wyzionął …demona, który z potępieńczym śmiechem Loccusa rzucił się na nas z okrzykiem wolny wreszcie wolny niewinna krew spłynęła drżyjcie słudzy moi…ziemia się pod nim rozstąpiła i zniknął… zniknęło też ciało Laury i kilku mieszkańców którzy stali w miejscu szczeliny…od tego czasu nie opuszczamy miasteczka…lecz on przychodzi i zabiera po kolei każdego z nas…a tych co próbują się wydostać…ścigają demoniczne potwory…jak narzazie skutecznie… gdyż przywlekają pod bramy zwłoki…lub to co z nich zostało…nie pożarte…
Zakończył gospodarz i zapłakał…
Szrama milczał…Frenn patrzył w dal …długo …wreszcie wyszeptał Loccutus, znam go to czyste zło, to on mnie tu przywlókł .. to on zabrał mi mój dom…mój las...moją…
Nie dokończył…więc tu przyjdzie się mi z nim zmierzyć….a więc dobrze…niech tak będzie….
c.d.n
FrennW9
jest tam kto ?!! – wrzasnął Szrama
- czego tu – odpowiedział nieprzyjemny zachrypnięty głos.
- jesteśmy strudzonymi wędrowcami potrzebujemy odpoczynku i zakupić trochę zapasów, płacimy złotem – dodał na wszelki wypadek
W bramie słychać było odsuwanie sztab, po chwili wrota uchylił y się troszeczkę i ten sam głos lecz nieco łagodniejszym tonem powiedział – niech panowie rycerze się pospieszą ..szybko, szybko i gdy tylko ogon Pazura znalazł się na dziedzińcu. Wrota zatrzasnęły się głucho.
- przepraszam wielmożnych panów – ale ciężkie czasy nastały ciężkie, lękamy się wszystkiego – ale nie pora o tym nie pora, proszę Niech wielmożowie udadzą się tą uliczką, na końcu jest Oberża „U Krandberego” możecie się tam zatrzymać.
- dziękujemy ci dobry człowieku – powiedział Szrama i rzucił mu srebrną monetę – to za nie pozostanie głuchym na pukanie…dodał
- dziękuje łaskawy panie – zaskrzeczał uradowany odźwierny i zniknął w swej kwaterze.
Frenn nic nie mówił tylko rozglądał się uważnie…coś tu się rzeczywiście działo niedobrego…domy w tej części miasteczka wyglądały na opuszczone, część z nich wyglądała na przypalone, jednak nie pożar zmusił ludzi do ucieczki…
Weszli do karczmy, w izbie było pusto i tak jakoś ponuro… karczmarz przyglądał się im przerażonym wzrokiem…
- czym mogę panom służyć – przywitał ich tak jakby chciał żeby zaraz sobie poszli, lub żeby nawet nie wchodzili
- nocleg dla dwóch ludzi i …psa, kąpiel, kolacja, ale najpierw kufel zimnego piwa, butelkę wina i miskę z wodą – jednym tchem wyrzucił z siebie Szrama kładąc na stole trzy złote monety
- o to wiele za dużo wielmożny panie – wybełkotał karczmarz
- nie martw się reszta dla ciebie – uśmiechnął się od cha do ucha Szrama
A gdy karczmarz zniknął szturchnął Frenna
- ach lubię takie wejścia
- wiem – westchnął Frenn i usiadł w kącie przy stole, z którego widać było całą salę…cóż dziwne ..była pusta…
c.d.n.
FrennW8
- może panowie wejdą do środka, zaraz się zrobi zimno – zaproponował oberżysta
- dziękujemy gospodarzu, jeszcze chwila – odparł jeden z mężczyzn.
- jeszcze jedno piwko z łaski swojej – dodał drugi…
Karczmarz zniknął w czarnej plamie drzwi. Niebo przecięła spadająca gwiazda, na tyle duża by zwrócić na siebie uwagę…
- pomyśl życzenie – uśmiechnął się jeden z mężczyzn
- jeszcze jedno piwo ? – sarkazm w głosie drugiego był aż nadto wyczuwalny, lecz…
- panowie życzą sobie następne? – spytał zdziwiony karczmarz z kuflami w ręku …
Nagle obaj mężczyźni wybuchnęli śmiechem, karczmarz stał trochę zmieszany lecz po chwili też zaczął się śmiać serdecznie. Pies podniósł głowę i z wyrazem pełnego oburzenia wstał i przeszedł w bardziej ciche miejsce, po czym zakręcił się trzy razy w kółko położył się, ziewnął i zasnął znowu. Śmiech umilkł, a karczmarz pobiegł po następne piwo…dla siebie też.
I tak…powoli zapadała noc, w ciepłym świetle ognia pochodni, kojącym szumie morza, przerywana z rzadka nawoływaniem mew. Przyjaciele skończyli ostatnie piwo i poszli z karczmarzem na małe pięterko gdzie były pokoiki dla gości. Złożyli plecaki, broń … i rzucili się na łóżka znużeni mocnym piwem, i dwoma dniami bezustannej podróży, w deszczu, wietrze i z przygodami takimi, że biedny karczmarz posiwiałby od razu gdyby tylko wiedział…a tak …miał tylko miłych aczkolwiek trochę dziwnych i niebezpiecznie wyglądających gości…
Sam nie czekał długo , zgasił pochodnie, zamknął drzwi i wszedł do małej izby …położyć się spać.
Dobranoc…
poniedziałek, 16 lutego 2009
FrennW7
Ale skąd to stado zombich tutaj? – dziwił się Frenn,
Nie mam bladego pojęcia – nie pomógł mu Szrama – przecież ten szlak był czysty…
To wiem – burknął pod nosem Frenn wypuszczając kolejną ognistą strzałę, która wbijając się w ożywione ciało płonęło zielonkawym ogniem…z wtórującym potępieńczym wrzaskiem…ogień wszak oczyszcza….
To na nic – rzekł lekko zrezygnowanym głosem Frenn- strzały się kończą, a zombich jest coraz więcej, zmykamy stąd…
Ale…nie było to łatwe zadanie…ktoś uparcie pragnął ich usidlić w leśnej pułapce… Szrama położył kilku zombich…a raczej poszlachtował …trudno jest zabić coś po raz drugi….dopiero gdy wszystkie członki są odseparowane od ciała …magia ożywieńcza traci moc…zapętla się i gubi….po czym ze świstem znika…ogniem walczy się prościej…zwłaszcza, że i ożywione ciało i magia nie są odporne na ten żywioł…niestety Frennowi skończył się strzały ogniste…a strzelanie zwykłymi przypominało wbijanie igieł w poduszkę na igły…żadnego efektu… uciekali w stronę jeziora…mieli tam przygotowane czółno…lecz po przybyciu na miejsce okazało się że czółno zostało rozbite przez dwudziestkę podtopionych zombie…przez niektórych zwanych utopcami…groźniejszych braci zombi, gdyż ci trudniej się zapalali…
O nie…westchnął Frenn…to chyba koniec…
Chyba tak – zawtórował mu Szrama…
Wtem w powietrzu otworzyły się jakby drzwi, z których wyszła jaśniejąca postać…
I melodyjnie miękkim głosem szepnęła – Frennay’u Astorio nabierz w dłonie wody z jeziora. Ta woda jest czysta… nie zwlekaj….i całe zjawisko rozmyło się w blasku zachodzącego słońca..
-nabierz tej wody – nalegał Szrama – utopce nas wyczuły i maszerują do nas….
- co ty pleciesz – zdenerwował się Frenn
- Bierz tę wodę i nie dyskutuj…
Frenn nie całkiem wiedząc co innego mógłby w tej chwili zrobić wszedł po kolana do wody…poczuł jak czysty zimny prąd ogarnia jego ciało dreszczem. Opuszkami palców musnął taflę wody, czując że woda formuję się w coś niezwykle znajomego… między palcami ujrzał strzałę, całą z wody…napiął łuk strzała popłynęła do celu… trafiając utopca w miejsce, w którym kiedyś było serce… potwór zachłysnął się jakby wodą…po czym zmienił się w wielką bryłę wody, która pod wpływem grawitacji rozlała się po trawie…Frenn i Szrama patrzyli zdumieni…na pozostałych potworach nie zrobiło to najmniejszego wrażenia, do czasu gdy kolejne strzały zaczęły dosięgać następne zombie.
jeden po drugim kończyły swą plugawą egzystencję…Szrama siedział z nogami skrzyżowanymi i nucił jakąś knajpianą piosenkę … Frenn ciągle stał w wodzie szyjąc z łuku nieustannie.. łąka spływała wodą , zombie zaczęły się wyczerpywać…jeszcze dziesięć strzał…pięć…trzy…ostatnia…zaległa cisza…chwilka, w której nawet Szrama Nie śpiewał…Frenn sięgnął po następną wodną strzałę…lecz woda przepłynęła przez palce…
To…chyba ..koniec…wyszeptał blady z wysiłku Frenn i wpadłby do wody gdyby nie szrama, który doskoczył błyskawicznie chwycił przyjaciela i doprowadził do brzegu. Frenn leżał nieprzytomny na piasku…szrama rozpalił ognisko…i zajął się rozkładaniem namiotu…zmierzch już zapadł gdy obaj przyjaciele zasnęli w namiocie….a gdzieś daleko, daleko, ktoś kto im źle życzył wył z bezsilności, gdyż ta armia zombich kosztowała go wiele zbyt wiele…
Nie mam bladego pojęcia – nie pomógł mu Szrama – przecież ten szlak był czysty…
To wiem – burknął pod nosem Frenn wypuszczając kolejną ognistą strzałę, która wbijając się w ożywione ciało płonęło zielonkawym ogniem…z wtórującym potępieńczym wrzaskiem…ogień wszak oczyszcza….
To na nic – rzekł lekko zrezygnowanym głosem Frenn- strzały się kończą, a zombich jest coraz więcej, zmykamy stąd…
Ale…nie było to łatwe zadanie…ktoś uparcie pragnął ich usidlić w leśnej pułapce… Szrama położył kilku zombich…a raczej poszlachtował …trudno jest zabić coś po raz drugi….dopiero gdy wszystkie członki są odseparowane od ciała …magia ożywieńcza traci moc…zapętla się i gubi….po czym ze świstem znika…ogniem walczy się prościej…zwłaszcza, że i ożywione ciało i magia nie są odporne na ten żywioł…niestety Frennowi skończył się strzały ogniste…a strzelanie zwykłymi przypominało wbijanie igieł w poduszkę na igły…żadnego efektu… uciekali w stronę jeziora…mieli tam przygotowane czółno…lecz po przybyciu na miejsce okazało się że czółno zostało rozbite przez dwudziestkę podtopionych zombie…przez niektórych zwanych utopcami…groźniejszych braci zombi, gdyż ci trudniej się zapalali…
O nie…westchnął Frenn…to chyba koniec…
Chyba tak – zawtórował mu Szrama…
Wtem w powietrzu otworzyły się jakby drzwi, z których wyszła jaśniejąca postać…
I melodyjnie miękkim głosem szepnęła – Frennay’u Astorio nabierz w dłonie wody z jeziora. Ta woda jest czysta… nie zwlekaj….i całe zjawisko rozmyło się w blasku zachodzącego słońca..
-nabierz tej wody – nalegał Szrama – utopce nas wyczuły i maszerują do nas….
- co ty pleciesz – zdenerwował się Frenn
- Bierz tę wodę i nie dyskutuj…
Frenn nie całkiem wiedząc co innego mógłby w tej chwili zrobić wszedł po kolana do wody…poczuł jak czysty zimny prąd ogarnia jego ciało dreszczem. Opuszkami palców musnął taflę wody, czując że woda formuję się w coś niezwykle znajomego… między palcami ujrzał strzałę, całą z wody…napiął łuk strzała popłynęła do celu… trafiając utopca w miejsce, w którym kiedyś było serce… potwór zachłysnął się jakby wodą…po czym zmienił się w wielką bryłę wody, która pod wpływem grawitacji rozlała się po trawie…Frenn i Szrama patrzyli zdumieni…na pozostałych potworach nie zrobiło to najmniejszego wrażenia, do czasu gdy kolejne strzały zaczęły dosięgać następne zombie.
jeden po drugim kończyły swą plugawą egzystencję…Szrama siedział z nogami skrzyżowanymi i nucił jakąś knajpianą piosenkę … Frenn ciągle stał w wodzie szyjąc z łuku nieustannie.. łąka spływała wodą , zombie zaczęły się wyczerpywać…jeszcze dziesięć strzał…pięć…trzy…ostatnia…zaległa cisza…chwilka, w której nawet Szrama Nie śpiewał…Frenn sięgnął po następną wodną strzałę…lecz woda przepłynęła przez palce…
To…chyba ..koniec…wyszeptał blady z wysiłku Frenn i wpadłby do wody gdyby nie szrama, który doskoczył błyskawicznie chwycił przyjaciela i doprowadził do brzegu. Frenn leżał nieprzytomny na piasku…szrama rozpalił ognisko…i zajął się rozkładaniem namiotu…zmierzch już zapadł gdy obaj przyjaciele zasnęli w namiocie….a gdzieś daleko, daleko, ktoś kto im źle życzył wył z bezsilności, gdyż ta armia zombich kosztowała go wiele zbyt wiele…
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)