Ale skąd to stado zombich tutaj? – dziwił się Frenn,
Nie mam bladego pojęcia – nie pomógł mu Szrama – przecież ten szlak był czysty…
To wiem – burknął pod nosem Frenn wypuszczając kolejną ognistą strzałę, która wbijając się w ożywione ciało płonęło zielonkawym ogniem…z wtórującym potępieńczym wrzaskiem…ogień wszak oczyszcza….
To na nic – rzekł lekko zrezygnowanym głosem Frenn- strzały się kończą, a zombich jest coraz więcej, zmykamy stąd…
Ale…nie było to łatwe zadanie…ktoś uparcie pragnął ich usidlić w leśnej pułapce… Szrama położył kilku zombich…a raczej poszlachtował …trudno jest zabić coś po raz drugi….dopiero gdy wszystkie członki są odseparowane od ciała …magia ożywieńcza traci moc…zapętla się i gubi….po czym ze świstem znika…ogniem walczy się prościej…zwłaszcza, że i ożywione ciało i magia nie są odporne na ten żywioł…niestety Frennowi skończył się strzały ogniste…a strzelanie zwykłymi przypominało wbijanie igieł w poduszkę na igły…żadnego efektu… uciekali w stronę jeziora…mieli tam przygotowane czółno…lecz po przybyciu na miejsce okazało się że czółno zostało rozbite przez dwudziestkę podtopionych zombie…przez niektórych zwanych utopcami…groźniejszych braci zombi, gdyż ci trudniej się zapalali…
O nie…westchnął Frenn…to chyba koniec…
Chyba tak – zawtórował mu Szrama…
Wtem w powietrzu otworzyły się jakby drzwi, z których wyszła jaśniejąca postać…
I melodyjnie miękkim głosem szepnęła – Frennay’u Astorio nabierz w dłonie wody z jeziora. Ta woda jest czysta… nie zwlekaj….i całe zjawisko rozmyło się w blasku zachodzącego słońca..
-nabierz tej wody – nalegał Szrama – utopce nas wyczuły i maszerują do nas….
- co ty pleciesz – zdenerwował się Frenn
- Bierz tę wodę i nie dyskutuj…
Frenn nie całkiem wiedząc co innego mógłby w tej chwili zrobić wszedł po kolana do wody…poczuł jak czysty zimny prąd ogarnia jego ciało dreszczem. Opuszkami palców musnął taflę wody, czując że woda formuję się w coś niezwykle znajomego… między palcami ujrzał strzałę, całą z wody…napiął łuk strzała popłynęła do celu… trafiając utopca w miejsce, w którym kiedyś było serce… potwór zachłysnął się jakby wodą…po czym zmienił się w wielką bryłę wody, która pod wpływem grawitacji rozlała się po trawie…Frenn i Szrama patrzyli zdumieni…na pozostałych potworach nie zrobiło to najmniejszego wrażenia, do czasu gdy kolejne strzały zaczęły dosięgać następne zombie.
jeden po drugim kończyły swą plugawą egzystencję…Szrama siedział z nogami skrzyżowanymi i nucił jakąś knajpianą piosenkę … Frenn ciągle stał w wodzie szyjąc z łuku nieustannie.. łąka spływała wodą , zombie zaczęły się wyczerpywać…jeszcze dziesięć strzał…pięć…trzy…ostatnia…zaległa cisza…chwilka, w której nawet Szrama Nie śpiewał…Frenn sięgnął po następną wodną strzałę…lecz woda przepłynęła przez palce…
To…chyba ..koniec…wyszeptał blady z wysiłku Frenn i wpadłby do wody gdyby nie szrama, który doskoczył błyskawicznie chwycił przyjaciela i doprowadził do brzegu. Frenn leżał nieprzytomny na piasku…szrama rozpalił ognisko…i zajął się rozkładaniem namiotu…zmierzch już zapadł gdy obaj przyjaciele zasnęli w namiocie….a gdzieś daleko, daleko, ktoś kto im źle życzył wył z bezsilności, gdyż ta armia zombich kosztowała go wiele zbyt wiele…
Nie mam bladego pojęcia – nie pomógł mu Szrama – przecież ten szlak był czysty…
To wiem – burknął pod nosem Frenn wypuszczając kolejną ognistą strzałę, która wbijając się w ożywione ciało płonęło zielonkawym ogniem…z wtórującym potępieńczym wrzaskiem…ogień wszak oczyszcza….
To na nic – rzekł lekko zrezygnowanym głosem Frenn- strzały się kończą, a zombich jest coraz więcej, zmykamy stąd…
Ale…nie było to łatwe zadanie…ktoś uparcie pragnął ich usidlić w leśnej pułapce… Szrama położył kilku zombich…a raczej poszlachtował …trudno jest zabić coś po raz drugi….dopiero gdy wszystkie członki są odseparowane od ciała …magia ożywieńcza traci moc…zapętla się i gubi….po czym ze świstem znika…ogniem walczy się prościej…zwłaszcza, że i ożywione ciało i magia nie są odporne na ten żywioł…niestety Frennowi skończył się strzały ogniste…a strzelanie zwykłymi przypominało wbijanie igieł w poduszkę na igły…żadnego efektu… uciekali w stronę jeziora…mieli tam przygotowane czółno…lecz po przybyciu na miejsce okazało się że czółno zostało rozbite przez dwudziestkę podtopionych zombie…przez niektórych zwanych utopcami…groźniejszych braci zombi, gdyż ci trudniej się zapalali…
O nie…westchnął Frenn…to chyba koniec…
Chyba tak – zawtórował mu Szrama…
Wtem w powietrzu otworzyły się jakby drzwi, z których wyszła jaśniejąca postać…
I melodyjnie miękkim głosem szepnęła – Frennay’u Astorio nabierz w dłonie wody z jeziora. Ta woda jest czysta… nie zwlekaj….i całe zjawisko rozmyło się w blasku zachodzącego słońca..
-nabierz tej wody – nalegał Szrama – utopce nas wyczuły i maszerują do nas….
- co ty pleciesz – zdenerwował się Frenn
- Bierz tę wodę i nie dyskutuj…
Frenn nie całkiem wiedząc co innego mógłby w tej chwili zrobić wszedł po kolana do wody…poczuł jak czysty zimny prąd ogarnia jego ciało dreszczem. Opuszkami palców musnął taflę wody, czując że woda formuję się w coś niezwykle znajomego… między palcami ujrzał strzałę, całą z wody…napiął łuk strzała popłynęła do celu… trafiając utopca w miejsce, w którym kiedyś było serce… potwór zachłysnął się jakby wodą…po czym zmienił się w wielką bryłę wody, która pod wpływem grawitacji rozlała się po trawie…Frenn i Szrama patrzyli zdumieni…na pozostałych potworach nie zrobiło to najmniejszego wrażenia, do czasu gdy kolejne strzały zaczęły dosięgać następne zombie.
jeden po drugim kończyły swą plugawą egzystencję…Szrama siedział z nogami skrzyżowanymi i nucił jakąś knajpianą piosenkę … Frenn ciągle stał w wodzie szyjąc z łuku nieustannie.. łąka spływała wodą , zombie zaczęły się wyczerpywać…jeszcze dziesięć strzał…pięć…trzy…ostatnia…zaległa cisza…chwilka, w której nawet Szrama Nie śpiewał…Frenn sięgnął po następną wodną strzałę…lecz woda przepłynęła przez palce…
To…chyba ..koniec…wyszeptał blady z wysiłku Frenn i wpadłby do wody gdyby nie szrama, który doskoczył błyskawicznie chwycił przyjaciela i doprowadził do brzegu. Frenn leżał nieprzytomny na piasku…szrama rozpalił ognisko…i zajął się rozkładaniem namiotu…zmierzch już zapadł gdy obaj przyjaciele zasnęli w namiocie….a gdzieś daleko, daleko, ktoś kto im źle życzył wył z bezsilności, gdyż ta armia zombich kosztowała go wiele zbyt wiele…
to dosc niesamowitei dziwne..
OdpowiedzUsuń