czwartek, 12 lutego 2009

Frenn 10


Na dworze deszcz chciał rozpuścić świat w niesamowitej ilości wody. Drzewa szumiały niezadowolone, moknąc i marznąc już od trzech dni. Trakty ścieżki zmieniły się w błotniste potoki uniemożliwiając podróże. Wszyscy, którzy chcieli dokądś dotrzeć stłoczeni siedzieli w przydrożnych tawernach i oberżach, ku uciesze właścicieli owych przybytków. W jednej z nich, całkiem niedużej, zebrało się wielu podróżnych, z braku miejsc część spała na głównej izbie. Był tłoko tłoczno i duszno często dochodziło do awantur, dzieci płakały lub krzyczały, jednym słowem wszyscy mieli dość. W słabo oświetlonym kącie siedziała zakapturzona postać obserwując salę. Nikt nie zwracał na nią uwagi. Nagle wśród tłumu rozległ się dźwięk instrumentu, delikatny i łagodny tak, że po chwili wszyscy umilkli…słychać było piękną i smutną melodię, która przypominała każdemu, kim jest i pozwoliła zapomnieć o niewygodach. Gdy już cała iyba umilkła a dzieci uspokoiły płacze. Z kąta gdzie siedział dziwny zakapturzony człowiek, rozległa się pieśń. Smutna pieśń niespełnionej miłości, walki dobrego ze złym, o lasach ruinach, złowieszczych przepowiedniach.. Pieśń o uczuciach gorących tak, że łzy słuchaczom same cisnęły się do oczu… nikt, ale to nikt nie odzywał się do końca pieśni… a kiedy pieśń dobiegła końca wszyscy zebrani bez zbędnych słów położyli się spać z uczuciem, że powinni stać się lepszymi dla swoich bliskich, krewnych a także dla sąsiada z posłania, obok, który trochę chrapał ale cóż tam…

1 komentarz:

  1. to mi przypomina piesni Zagloby w Ogniem i Mieczem..napewno cos podobnego musial spiewac ten w kapturze...

    OdpowiedzUsuń