wtorek, 10 lutego 2009

Ciemniejący 7 (wierszyk) i Frenn 8




Frennay Astorio dla przyjaciół po prostu Frenn czasem też Frenio - tak mówiła na niego siostra Quara – ale bardzo tego nie lubił. Frenn – Leśnik –tak mawiają o nim ludzie czasem też Frenn i jego wilk a niektórzy Frenn Srebrny Pazur – nie wiedząc, że to imię jego towarzysza.

Frenn stanął na krawędzi białej skały, która po bliższym przyjrzeniu odcinała się od reszty sąsiednich skał innym odcieniem. Rozejrzał się po okolicy, świat układał się do snu. Ośnieżone szczyty gór czerwieniły się ostatnimi promieniami słońca, lekki wiatr wdmuchiwał w dolinę chłodne powietrze, które pachniało zimą. Frenn wciągnął powietrze jakby je smakował, po czym zaczął recytować tekst, o którym do niedawna myślał, że jest tylko dziecięcą wyliczanką

Nic o lesie, nic o wodzie
Nic o krwi w spękanym lodzie.
Nie ma dnia, nie ma nocy
Nie ma serca w mroźnej mocy.

Biały król, biały ból
Biały całun zimnej śmierci…
Oto on, oto Pan
Oto Smok Północnej Części…

Nagle ku jego zdumieniu biała skała odsunęła się ukazując całkiem spore wejście do jaskini. Z jej wnętrza powiało mrozem. Wewnątrz panował niebieski półmrok. Gdzieś w środku musiała być otwarta przestrzeń tak, że dzienne światło wpadało do wnętrza i odbijając się od pokrytych lodem skał i stalaktytów, krążyło po jaskini delikatnie rozświetlając jej wnętrze niebieskim światłem. Teraz jednak panował półmrok, ponieważ lód słabo odbijał wieczorne czerwone światło. Frenn wszedł do jaskini. Zamknął oczy, skoncentrował się, by wyćwiczony wzrok przywykł do powoli zapadającej ciemności. Koncentrował myśli na swoim wzroku, czuł jak pod powiekami dociera do niego coraz jaśniejsze światło. Potrafił tak robić od jakiegoś czasu i czuł, że ta zdolność ma jakiś związek z jego Boskim opiekunem. Kiedy otworzył oczy, jaskinia tonęła już w całkowitym mroku, Freennay widział wszystko jakby był wczesny wieczór w pochmurny dzień. Ruszył w głąb jaskini. Mijał sale mniejsze i większe, zimno otaczało go z wszystkich stron. Po jakimś czasie Frenn znalazł się na wolnym powietrzu tak jakby ktoś celowo dawno dawno temu zawalił strop. Tuż za tą swoistą przesieką znajdowało się leże smoka. Białe smoki, choć mniejsze od swoich czerwonych lub czarnych braci, były nie mniej złośliwe i chętne do zadawania cierpienia, stąd na ogół cieszyły się złą reputacją. Ten smok o imieniu Azudantiequagh kazał nazywać się Azudanem. Jak na swą rasę był duży i nie tak złośliwy jak jego biali pobratymcy. Cenił sobie ciszę, pełny brzuch i komnatę skarbów, do której był mocno przywiązany. Znał Frenna, miał dla niego szacunek, jaki może mieć smok do małej istoty.
- co sprowadza Frennay’a Asturio w moje skromne progi – zagrzmiał w głowie smok
- biały królu Azudanie – zaczął odpowiednią etykietą Frenn – na Twoich terenach zagnieździła się spora gromada Trolli, która terroryzuje okolice wyganiając zwierzynę i ludzi z ich siedzib…
- tak wiem – odpowiedział nonszalancko smok – sam ich tu sprowadziłem, to moi nowi słudzy, nie muszę Ci mówić, po co ich sprowadziłem, ale… wiem, że jesteś tu nie po moje skarby i nie raz udowodniłeś, że każde życie jest dla ciebie ważne, wobec powyższego wyjaśnię Ci, dlaczego sprowadziłem tutaj trolle. Otóż moje zapasy żywności są na wyczerpaniu. Sam nie wiem, czemu ale moje bydło zaatakowała jakaś zagadkowa zaraza. Próbowałem to powstrzymać niestety to choroba dziesiątkuje moje stado. Dlatego sprowadziłem Trolle by powiększyły moje stado. A jak one to zrobią nie interesuje mnie to wcale człowieku.
- może pozwolisz mi obejrzeć Twoje stado? – rzekł Fren –trochę się znam na zwierzętach…
- cóż nie zaszkodzi, żebyś spojrzał, ale nie gwarantuję Ci niczego – warknęło smoczysko
Frenn skierowany przez smoka dotarł do miejsca, w którym pasły się krowy, owce i inne zwierzęta, które mogły stać się posiłkiem. Stada pilnował troll, który ujrzawszy Frenna sięgnął po pałkę i ruszył w jego kierunku. Frenn przystanął z ręką na rękojeści miecza, wiedział, że smok przekaże mentalną wiadomość Trollowi, ale ze smokami różnie bywa, może chciał się zabawić jego kosztem? Nagle troll przystanął jakby trafiony niewidzialną strzałą, opuścił pałkę, podrapał się po głowie, smarknął i nieufnie patrząc na Frenna odszedł w kierunku stada.

Krowa lękliwie przekazała mu obraz obawy przed śmiercią, i jeszcze coś… w umyśle Frenna pojawił się obraz polany z źródłem i ciemną postać, która dolewa coś do źródełka, potem obraz się rozwiał zastępując go obawami o życie i chęcią przeżuwania tej słodkiej kępki, która właśnie zauważyła. Frenn wycofał się z umysłu krowy…

….Zapadł zmrok, wszyscy zapomnieli o Frennie, nawet krowy. Wtopiony w krajobraz czekał… czekał na ciemną złowieszczą postać, która swoimi czynami zakłócała spokój Północnego Lasu. Komu mogło zależeć na zniszczeniu delikatnej równowagi pomiędzy dobrem, a złem, kto chciał zmusić smoka do opuszczenia kryjówki i pogrążeniu krainy w chaosie? – cóż zobaczymy – pomyślał tropiciel i mocniej wtopił się w cień.

Niebo rozświetlone księżycem dawało wystarczające światło…w jej świetle zobaczył zakapturzoną postać zbliżającą się do źródła. Bezszelestnie zeskoczył z drzewa, podkradł się tuż za nią i obezwładnił jednym ciosem. Postać osunęła się wprost w jego ramiona, Trochę zaskoczony takim obrotem sprawy, pochwycił bezwładne ciało i ułożył miękko na trawie. Odchylił kaptur i w jednej chwili zbladł… pod kapturem ujrzał twarz pięknej dziewczyny… o włosach czarnych jak noc, a ustach takich, że można zapomnieć o całym świecie… Frenn otrząsnął się.. Przeszukał leżącą dziewczynę, (a zrobił to bardzo delikatnie, choć jeszcze wieczorem wcale nie zamierzał być delikatny) i znalazł dwie fiolki dziwnych płynów. Otworzył jedną z nich, powąchał … wywar z mleczojagody, wypicie go dawało możliwość widzenia w ciemnościach ludziom o niewyostrznym wzroku. Druga fiolka nie dała się otworzyć, widocznie zamknięto ją w sposób magiczny.
Frenn schował fiolkę, skrępował leżącą pannę i znów zaczął czekać, czekać aż się obudzi. Tyle nowych pytań kłębiło się w duszy tropiciela…

1 komentarz:

  1. wow.to swietne-mam ochote na wiecej tylko mi sie oczy zamykaja...do jutra.

    OdpowiedzUsuń